Marszałek Senatu Tomasz Grodzki oznajmił ostatnio, że w Polsce wystarczyłoby nie więcej niż 130 szpitali zamiast niemal tysiąca obecnych. Pan profesor chyba palnął jak z armaty do wróbla i z miejsca naraził się na święte oburzenie swych dyżurnych oponentów. Według nich, każdy powiat powinien mieć szpital, mniejszy czy większy, zależnie od liczby tamtejszych mieszkańców. To rzekomo podstawa bezpieczeństwa zdrowotnego ludzi. Ale wszystkie wróble od lat ćwierkają, że polskie szpitale są nadal bastionem zatrudnienia, a nie leczenia. Po co komu taki oddział chirurgiczny na peryferiach, w którym operuje się 250 pacjentów rocznie, czyli przeciętnie nawet nie jednego dziennie. Ale za to angażuje więcej pracowników niż pacjentów.
To zabawne, że kiedy wprowadzano sieć
szpitali, cała obecna opozycja grzmiała,
żeby każdy szpital był
w tej sieci. Wypowiedzi takie, jak ta Tomasza Grodzkiego, świadczą, iż z jakichś tajemniczych względów marszałek i jego stronnictwo chcą być w opozycji jeszcze bardzo długo. Argumentom Grodzkiego nie można wszak odmówić logiki. Coraz mniejsza liczba lekarzy i pielęgniarek będzie w naturalny sposób wymuszać zmniejszenie liczby szpitali. A nawiasem mówiąc, co spowodowało, że w Danii dopracowano się najlepszej służby zdrowia w Europie? Między innymi zmniejszenie liczby szpitali i przekształcenie ich w nowoczesne jednostki. Polityka, w przeciwieństwie do medycyny, nigdy nie opierała się na moralnych fundamentach. Co więcej, raz za razem rozmija się z logiką oraz dobrodziejstwami nauki i postępu.
Minister zdrowia, kpiąc ze spracowanych do granic wytrzymałości pielęgniarek i ratowników medycznych, politykuje, zamiast skutecznie zarządzać narastającym kryzysem kadrowym. Drwina z „podróży na Marsa”, czyli druga odsłona akcji „A niech jadą”, ma być narracją ośmieszającą medyków wobec skołowanego społeczeństwa. Odpowiedzią na ich marsjańskie postulaty jest na razie szpaler wozów policyjnych i żelazne barierki, chroniące dostęp do gmachu rządowego. Poczekajmy na ujawnienie szczegółów wyliczeń, na podstawie których resort zdrowia tak oszacował koszty realizacji postulatów. Wkrótce się przekonamy, czy włodarze z ul. Miodowej postarają się spacyfikować ten protest i rozmyć argumenty medyków. I kto tym razem będzie dżokerem w ich talii.
W sąsiednich Czechach lekarz specjalista na etacie zarabia 2,4 średniej krajowej. I nikt tam nie wysyła go w kosmiczną podróż. Chcąc konkurować na unijnym rynku pracy o własnych pracowników medycznych, Polska musi diametralnie zmienić podejście do wynagradzania w ochronie zdrowia. Tylko na razie panuje wszechogarniająca obawa, że gdyby wskaźniki w Polsce były takie, jak w Republice Czeskiej, personel medyczny nie byłby zainteresowany braniem takiej liczby nadgodzin. A że mamy najmniej pracowników medycznych w stosunku do ludności w całej Unii Europejskiej, system zadrżałby w posadach.
Politykierstwo, w kontekście działania obliczonego na łatwy poklask czy naciągania czegoś w celu udowodnienia jakiejś tezy, pasuje do ochrony zdrowia jak kwiatek do kożucha. To nic więcej ponad efekciarstwo, kuglarstwo i tromtadracja. Organizacja ochrony zdrowia to nie jest robota dla gryzipiórka ani mądrali, wizytujących szpitale dowiezieni wytwornym autem rządowym, koniecznie z orszakiem pochlebców. Aby tylko dopchać się przed kamerę telewizyjną z wzniosłymi hasłami pozbawionymi treści. Do medycznej posługi trzeba dojrzeć. Ale i entuzjazm zapaleńców też się wypala. Polska ochrona zdrowia kona. Albo rząd ją dobije, albo ją uratuje. Służba zdrowia — niezależnie od tego, która partia jest akurat przy władzy — wciąż pozostaje tylko rządowym popychadłem i ubogim krewnym, a takiemu należą się co najwyżej resztki z pańskiego stołu.
Polska ochrona zdrowia nie potrzebuje górnolotnych wypocin w partyjnych manifestach wyborczych. Co więcej, te wytarte zaklęcia skutecznie maskują postępujące symptomy niewydolności. Przełomu mogą dokonać jedynie odważne decyzje zdeterminowanych menedżerów o najwyższych kompetencjach i autorytecie. I koniecznie z odciętą pępowiną od partyjnych mocodawców, rozpartych na tylnym siedzeniu.
Pewnie nie spodoba się niektórym to, co mi doskwiera niczym ziarenko grochu
w bucie. Ale ja nie jestem od tego, abym się musiał wszystkim przypodobać ani fałszywie dogadzać. Po prostu staram się od wielu lat wypełniać misję pomagania ludziom w utrzymaniu dobrostanu zdrowia poprzez edukację i podnoszenie poziomu samoświadomości.
Tymczasem to raczej politykierstwo — krótkookresowa taktyka polityczna — niż polityka może mieć większe znaczenie dla procesów prawotwórczych dotyczących ochrony zdrowia, niż razem wzięte: troska o zdrowe pokolenie, postępy w medycynie, prawa ekonomii, anielska cierpliwość białego personelu oraz obawy pacjentów.