Zanim nie wezwiesz śmigłowca

Mirosław Stańczyk
opublikowano: 15-10-2008, 00:00

Życie dziecka ważyło się w czasie kilkuminutowej kłótni o karetkę między dyspozytorką z Centrum Powiadamiania Ratunkowego z Nowego Sącza a lekarzem, który prosił o jak najszybsze przysłanie ambulansu - donosiły media w końcu lipca 2008 r. Zadawano przy tym pytanie, czy przygniecionego bramką chłopca dałoby się uratować, gdyby do ; akcji włączono Lotnicze Pogotowie Ratunkowe.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Przypadek poszkodowanego w czasie gry w piłkę chłopca, którego - jak powiedział jeden z miejscowych lekarzy "nie powinniśmy byli stracić" - bada obecnie prokuratura. Podobno nie wezwano wtedy śmigłowca, bo wymaga to zbyt skomplikowanej i długotrwałej procedury. Pojechaliśmy więc na Księżycową 5 w Warszawie, aby sprawdzić, czy takie opinie są uprawnione. Pod tym adresem mieści się siedziba główna Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. "Skala nieporozumień i pomówień pod naszym adresem przeraża" - mówi Zbigniew Żyła, zastępca dyrektora ds. medycznych Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Tymczasem podstawowa zasada jest prosta - śmigłowiec poleci wszędzie tam, gdzie ambulans nie mógłby dojechać w ciągu 8 minut (dotyczy to miast liczących powyżej 10 tysięcy mieszkańców) lub 15 minut w pozostałych przypadkach.

Hasło "na ratunek"

O pracy załóg pogotowia lotniczego rozmawiamy we wnętrzu jednej z wysłużonych maszyn, śmigłowca Mi-2 plus. Podobno dość przestronnego. Dla pacjenta z klaustrofobią przebywanie tutaj byłoby jednak dużym wyzwaniem.
Śmigłowce startują tylko na wezwanie dyspozytorów centrum powiadamiania ratunkowego oraz innych służb ratowniczych: straży pożarnej, GOPR, TOPR, WOPR - dowiadujemy się na wstępie. Wystarczy zgłoszenie telefoniczne lub radiowe, aby załoga pogotowia, w czasie nie dłuższym niż 180 sekund od przyjęcia wezwania, znalazła się w powietrzu. Dyspozytorzy centrów powiadamiania ratunkowego mogą być pewni, że nikt nie będzie żądał pokrycia kosztów akcji z użyciem śmigłowca. LPR ma własny budżet ustalany w skali roku i rozlicza się bezpośrednio z Ministerstwem Zdrowia.
"Komfort podejmowania decyzji o wezwaniu śmigłowca powinien być tym większy, iż lekarze i ratownicy lotniczego pogotowia mają wpojoną żelazną zasadę: nigdy nie recenzują podjętych działań medycznych przez osoby wcześniej opiekujące się poszkodowanym" - przekonuje Zbigniew Żyła.
Załogi ratowniczych śmigłowców muszą być dobrze zorganizowane, a ich działanie oparte na procedurach. Te są ważne, bo życie z reguły jest nadspodziewanie bogate w wyjątkowe sytuacje. Zbigniew Żyła jak anegdotę opowiada przypadek, gdy w kilka dni po przygotowaniu, wydawałoby się wydumanej procedury postępowania ratowników podczas transportu lotniczego więźniów, śmigłowiec LPR leciał na pomoc ofiarom wypadku z udziałem samochodu wiozącego aresztowanych.
Elementem organizacyjnego ładu przy transporcie chorych jest tak zwana karta medyczna HEMS, zawsze wożona przez załogę pogotowia lotniczego. Za pomocą tego dokumentu ewidencjonuje się między innymi sposób postępowania z pacjentem zanim trafił on pod opiekę lekarza z LPR, a także działania podejmowane przez ekipę śmigłowca oraz dokładny stan pacjenta. Wypełnienie karty trwa zaledwie kilkanaście sekund, a jest nieocenioną pomocą dla lekarza przyjmującego pacjenta w szpitalu, poza tym może być twardym dowodem na przykład podczas ewentualnych postępowań prokuratorskich.
Na chwilę przenosimy się do jedynego na stanie lotniczego pogotowia śmigłowca Agusty A109 Power. "To mercedes wśród tego typu maszyn. Duża moc silników, luksusowa kabina pilotów" - wyjaśnia Zbigniew Żyła. Agusta ma jedną, ale zasadniczą wadę z punktu widzenia ratowników z LPR - za mało jest tu miejsca, aby w trakcie lotu swobodnie prowadzić akcję reanimacyjną.

Dyspozytor wie najlepiej

Chociaż stres zazwyczaj jest złym doradcą, to dyspozytor musi trzeźwo ocenić, jaki środek transportu: karetka czy śmigłowiec zapewni poszkodowanemu dotarcie do szpitala w najkrótszym czasie. Liczy się nie tylko czas przelotu. W Polsce jest za mało przyszpitalnych lądowisk, a droga dzieląca szpital od miejsca lądowania maszyny z pacjentem może sprawić, że skomplikowana logistycznie procedura z udziałem pogotowia lotniczego stanie się nieuzasadniona.
Ideałem byłoby także zasięgnięcie przez dyspozytora wiedzy na temat warunków, mogących sprawić kłopoty przy lądowaniu śmigłowca. Takim utrudnieniem są linie energetyczne wysokiego napięcia lub zakrzewiony teren. Pomocne dla załogi śmigłowca są też koordynaty (współrzędne) w systemie GPS, które mogliby określić i podać pilotowi oczekujący na pomoc.
Maszyny latają w godzinach 7.00 - 20.00. Czas ten wydłuży się być może już w 2009 roku. Piloci mają nadzieję, że otrzymają wówczas pierwsze z 23 zamówionych, nowoczesnych śmigłowców Eurocopter, które umożliwiają latanie także nocą. Wynik przetargu zatwierdzono ostatecznie w połowie tego roku.
Śmigłowce pogotowia realizują także planowy transport pacjentów, ale odpłatnie. "Stawki nie są zaporowe" - przekonuje Zbigniew Żyła. Dopuszczane są zlecenia telefonicznie, za pośrednictwem faksu i Internetu zgłaszane praktycznie przez dowolny zakład opieki zdrowotnej. Warunkiem przejęcia pacjenta jest wypełniony i podpisany oficjalny druk zlecenia. Jego wzór można znaleźć na stronie www.lpr.com.pl. Oryginał dokumentu, wraz ze zleceniem na ewentualny dalszy transport kołowy, należy dostarczyć ekipie LPR przy przekazywaniu pacjenta. Bywa jednak i tak, że załoga śmigłowca przywozi ze sobą pusty druk zlecenia, który jest wypełniany dopiero na miejscu.

Odpowiedzialność lekarzy

Nadużyciem byłoby stwierdzenie, że Lotnicze Pogotowie Ratunkowe traktowane jest jak powietrzna taksówka. Takim samym nadużyciem byłaby jednak opinia, że śmigłowce ze znakiem LPR, poza planowym transportem chorych, wykorzystywane są wyłącznie do misji, w trakcie których ratuje się ludzkie życie. Zdarza się bowiem, że osoby wzywające na pomoc lotnicze załogi ratunkowe próbują nagiąć jasne procedury do własnych potrzeb. O tym jednak Zbigniew Żyła nie chce mówić.
Z ustaleń Pulsu Medycyny wynika, że problemy z przewożeniem pacjentów mają te placówki, które z powodu oszczędności nie podpisują z "kołowym pogotowiem" umów na transport międzyszpitalny. W sytuacjach, gdy ZOZ zlecający transport kołowy musiałby za niego zapłacić kilkaset złotych, próbuje się ominąć te koszty, na przykład zlecając przewóz pogotowiu lotniczemu w procedurze "na ratunek". Być może dzieje się tak z braku świadomości lekarzy, że to im, a nie szpitalowi grozi odpowiedzialność karna za fałszowanie dokumentacji pacjenta.
Opuszczamy lotnisko przy Księżycowej. Zbigniew Żyła wyciąga nas jeszcze z samochodu: "Proszę spojrzeć, jak lądują nasze Mi-2. Muszą mieć dużo przestrzeni wokół siebie, aby wylądować. To stwarza problemy podczas akcji ratunkowych w trudnym terenie. Eurocoptery, ze względu na sporą nadwyżkę mocy silników, mogą operować w znacznie trudniejszych warunkach terenowych".

To warto wiedzieć

Żelazne zasady przy wezwaniu śmigłowca "na ratunek" (planowe loty może zamówić każdy ZOZ):
- Śmigłowiec należy wezwać do poszkodowanego wszędzie tam, gdzie ambulans nie mógłby dojechać w ciągu 8 minut (dotyczy aglomeracji liczących powyżej 10 tysięcy mieszkańców) lub 15 minut w pozostałych przypadkach (jednak po uprzedniej analizie czasu trwania całej akcji ratunkowej z udziałem śmigłowca, a więc również czasu dotarcia pacjenta do szpitala).
- Śmigłowce startują tylko na wezwanie dyspozytorów centrum powiadamiania ratunkowego oraz innych służb ratowniczych: straży pożarnej, GOPR, TOPR, WOPR.
- Poszkodowany, transportowany przez LPR, musi mieć wypełnioną kartę medyczną HEMS.

Pomocne paragrafy
Prawo określające zasady działania lotniczego pogotowia ratunkowego:

- Ustawa z 27 sierpnia 2004 r. o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych (Dz.U. nr 210, poz. 2135 ze zm.).
- Ustawa z 8 września 2006 r. o Państwowym Ratownictwie Medycznym (Dz.U. nr 191, poz. 1410).

Porażka ze złotą godziną
W akcjach "na ratunek" zawsze pęknie najsłabsze ogniwo. Oto przykład z ostatnich dni.

Wieś Głodowo pod Miastkiem. Ręka chłopca zostaje wkręcona w wałek siewnika. Strażacy wydobywają poszkodowanego z maszyny. "Dopiero po zakończeniu akcji na miejscu wypadku pada pomysł wezwania śmigłowca" - tłumaczy Zbigniew Żyła. To niemożliwe, bo załoga sanitarki nie ma łączności radiowej ze szpitalem w Miastku. Nie ma, bo maszt radiostacji w szpitalu jest zepsuty. W nawiązaniu kontaktu ze szpitalem pomocna jest prywatna komórka lekarza. Ostatecznie karetka jedzie do szpitala powiatowego w Bytowie. Śmigłowiec ma przejąć chłopca po drodze. Nie przejmie, bo zawodny kontakt telefoniczny z karetką się urywa. Bez aktualnych informacji od załogi sanitarki nie sposób ustalić, w którym miejscu drogi znajduje się pojazd. Okoliczne lasy uniemożliwiają pilotowi śmigłowca lądowanie w każdym miejscu. Ostatecznie spotkanie śmigłowiec - karetka następuje w Bytowie, po trzech godzinach od wypadku.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Mirosław Stańczyk

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.