Wymuszane dyżury na kontraktach
Sami jesteście sobie winni, bo pozwalacie się tak traktować – twierdzi członek ZK OZZL, odpowiadając na list lekarza skarżącego się, że dyrektor zmusza etatowych lekarzy do dyżurów w ramach kontraktów nie chcąc płacić im za nadgodziny.
Odpowiedział na niego sekretarz generalny Zarządu Krajowego OZZL Ryszard Kijak.
„Po pierwsze, nic nie musimy. Jeśli robimy coś takiego, o czym piszesz, to nie dlatego, że musimy, a dlatego, że chcemy, niestety. Że na przykład chcemy się poddać woli dyrektora”.
Dalej argumentuje, że lekarze sami zdecydowali o zarejestrowaniu własnych praktyk, więc sami mogą je wyrejestrować. On sam tak zrobił. „Ponieważ mój dyrektor proponował tak żenujące stawki kontraktowe, na które tylko idiota by się zgodził, poszedłem do urzędu miasta i wyrejestrowałem swoją praktykę. A kto mi zabroni?”.
I namawia do tego innych. „No i zróbcie tak wszyscy. Nie ma praktyk, nie ma kontraktów. Pozostaje dyrektorowi tylko rozmowa z pracownikami, którzy są na etacie, zarówno jeśli chodzi o pracę w dzień, jak i na dyżurach. I wtedy dyrektor musi liczyć dyżury jako nadgodziny, bo nie ma innego wyjścia. Jest schodzenie po dyżurach, jest płacenie za nadgodziny, jest wszystko”.
Warunkiem powodzenia takiej taktyki jest jej przyjęcie przez większość lekarzy. „Musi to zrobić grupa strategiczna, czyli co najmniej 3/4 lekarzy z danego oddziału lub szpitala. Będzie to samo, jeśli 3/4 wypowie kontrakt ze względu na zbyt poniżające warunki”.
I ostrzega: „W pojedynkę nic nie zdziałasz, Kolego, ale jeśli masz poparcie większości, to możecie dać radę dyrektorowi”.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Redakcja