Wiedza onkologiczna i hematologiczna, jaką posiada ogół lekarzy, jest nikła
Jednym z podstawowych głosów krytycznych było stwierdzenie o złym kształceniu lekarzy w zakresie chorób nowotworowych i zaniku funkcjonowania onkologii na poziomie akademickim. Z pierwszą częścią tej opinii trzeba się zgodzić. Trudno natomiast zaakceptować opinię o wyprowadzeniu onkologii z ośrodków akademickich, bo onkologia jako samodzielna dyscyplina naukowa i dydaktyczna nigdy w naszych akademiach nie istniała. Nie było więc czego wyprowadzać i nie wypada przypisywać takich intencji autorom programu. Rozwijała się ona w Polsce jako dyscyplina praktyczna z jej naukowym ośrodkiem w Centrum Onkologii i trudno mówić, że to był błąd. Niewątpliwym błędem natomiast byłoby tworzenie nowych klinik onkologicznych, które będą ?kulawe" przez 10-15 lat, a może dłużej, bo tyle mniej więcej trwa tworzenie zespołu w tak trudnej specjalności lekarskiej. W każdym mieście akademickim już od dawna istnieją ośrodki onkologiczne, które - odpowiednio wzmocnione - mogą od razu stanowić dobrą bazę dydaktyczną dla miejscowych akademii medycznych. Osoby prezentujące opinię, że dobrą dydaktykę, doświadczenie i wiedzę można spotkać i nabyć tylko w akademii, są w dużym błędzie. Hematologia jest od lat wykładana w akademiach, a mimo to nawet w Warszawie do klinik trafiają pacjenci (otoczeni dotąd opieką internistów lub lekarzy poz) w krańcowych stadiach dotychczas nierozpoznanych nowotworowych chorób krwi.
Dydaktyki zarówno w zakresie hematologii, a zwłaszcza onkologii jest stanowczo na studiach za mało, ponieważ programy nastawione są na choroby często występujące: choroby układu krążenia, przewodu pokarmowego czy oddechowego. Wśród profesury trwa ?walka" o godziny dydaktyczne dla swej specjalności i zawsze wygrywają choroby najczęściej występujące. Studenci, a później stażyści podyplomowi unikają chorób nowotworowych jak ognia, bo głównie w tych chorobach, mimo dużego postępu, spotykają się z powolną śmiercią i brakiem autentycznego sukcesu. Lekarzy trudno namówić do specjalizacji, ponieważ zajmowanie się chorobami nowotworowymi jest wielokrotnie trudniejsze i bardziej stresujące.
Wiedza onkologiczna i hematologiczna, jaką posiada ogół lekarzy, jest nikła. W ramach 5-letniej specjalizacji w chorobach wewnętrznych lekarze odbywają 20-dniowy staż z hematologii i 30-godzinny kurs z onkologii (specjalizacja z medycyny rodzinnej przewiduje na szkolenie tylko kilka godzin). W tym czasie istnieje możliwość poznania zaledwie po kilka przypadków najczęściej występujących chorób i pojedyncze przypadki rzadszych. Czy to można nazwać doświadczeniem? Te staże powinny trwać co najmniej 5 razy dłużej, bo z powodu względnej rzadkości tych chorób lekarz w późniejszej zawodowej pracy nie ma możliwości zdobycia własnego doświadczenia (jak to ma miejsce w przypadku choroby wieńcowej, nadciśnienia, astmy, cukrzycy itp.) i tylko na specjalistycznych oddziałach jest szansa poznania większego spektrum nowotworów (samych nowotworowych chorób krwi jest blisko 100). Tymczasem ze względu na powagę tych chorób i zagrożenie dla życia powinny one być znane i zakodowane w operacyjnej pamięci każdego lekarza, aby każdy chory jak najszybciej znalazł się u specjalisty. Programy specjalizacyjne były tworzone dotąd przez akademickich profesorów i nie jest winą Centrum Onkologii ani autorów narodowego programu, że nowotwory nie znajdują w nich należytego miejsca. Program, o który toczy się teraz walka, jest programem naprawy tej sytuacji, o czym zresztą wyraźnie mówią w ostatniej swej wypowiedzi prof. J. Steffen i dr S. Góźdź na łamach Pulsu Medycyny. Do tego nie są potrzebne nowe katedry i kliniki onkologii, które pochłonęłyby duże wydatki, a rezultaty byłyby takie, jak we wspomnianej hematologii. Wystarczy wykorzystać ten potencjał, jakim dysponuje onkologia nieakademicka. Centrum Onkologii odgrywało i odgrywa olbrzymią rolę w procesie kształcenia podyplomowego i chyba nic nie stoi na przeszkodzie (poza akceptacją przez władze akademii medycznych), aby samo oraz poprzez swoje ośrodki regionalne tę dydaktyczną funkcję pełniło również na poziomie studentów.
Potrzebna jest też świadomość, że choroby nowotworowe, choć nie tak częste jak choroby serca, są jednak zdecydowanie bardziej (5 do 7 razy) absorbujące niż nienowotworowe choroby narządów wewnętrznych; wymagają też więcej badań diagnostycznych, więcej kontroli i monitorowania. Tymczasem obsady etatów lekarskich i pielęgniarskich są takie same jak w innych oddziałach. Również specyfika leczenia związana bardzo często z głęboką immunosupresją wymaga, aby ci chorzy mieli stworzone bezpieczne warunki leczenia. I na to powinny się znaleźć środki w NPZChN.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: prof. dr hab. med. Kazimierz Sułek; kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Hematologii Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie