Wahadełko czy różdżka, czyli Ministerstwa Zdrowia licencja na szamanizm

  • Ekspert dla "Pulsu Medycyny"
opublikowano: 21-05-2003, 00:00
Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Już w 1997 roku dołączyliśmy do postępowej Europy powołując przy ministrze zdrowia "Radę ds. Medycyny Niekonwencjonalnej". Rok później, po zmianie kierownictwa ministerstwa na mniej postępowe, Radę odwołano. Reaktywował ją dopiero reformator stulecia Mariusz Łapiński. Na kolejne odwołanie Rady liczyłem, gdy ministerstwo objął psychiatra. Jednak już po dwóch miesiącach otrzymał wieczne pióro. Nic dziwnego - "grupa trzymająca władzę" musiałaby postradać rozum oddając 30 mld zł (NFZ) komuś spoza układu. Ale układ się sypie, lokatorzy Pałacu Paca stają się przechodni. Czy któryś z nich zdąży więc przeczytać mój tekst?
Sprawa dotyczy działalności wspomnianej wcześniej Rady. W Dzienniku Urzędowym MZ (nr 8, poz. 40) czytamy, że jest to: "(...) organ inicjujący, doradczy i opiniodawczy w zakresie niekonwencjonalnych metod terapii, przy czym pod tym pojęciem należy rozumieć działania prozdrowotne towarzyszące od lat medycynie akademickiej, obejmujące homeopatię, akupunkturę,... bioenergoterapię..." itd. Rada uważa za istotne "wkroczenie państwa w uprawianie niekonwencjonalnych metod terapii poprzez przyjęcie rozwiązania w drodze ustawy", a to dlatego, że ?stoi na gruncie naukowym medycyny cywilizacji europejskiej i przez jej pryzmat ocenia wszelkie formy terapii". Najbardziej oryginalną, jak sądzę, propozycją projektu ustawy normującej te zagadnienia jest "ustanowienie zawodu naturoterapeuty". Według założeń, kandydat na naturoterapeutę powinien zdobyć odpowiednie wykształcenie (na poziomie czeladnika lub mistrza), po czym "zdać egzamin sprawdzający jego wiadomości", których "zakres będzie ustawowo określony". Mając zatem np. ukończoną szkołę podstawową oraz dyplom czeladnika homeopatii będzie można zarejestrować działalność gospodarczą i rozpocząć "leczenie" chorych (sic!).
Od kilku lat zajmuję się demaskowaniem szarlatanerii medycznej, lecz dopiero ten pomysł uzmysłowił mi, do jakiego stopnia upadły w Polsce kryteria racjonalności. Wprawdzie postmodernistyczne dewiacje w różnych postępowych urzędach państwowych są coraz częstsze, ale nie sądziłem, że dotyczy to także Ministerstwa Zdrowia. Oto bowiem urzędnicy tej instytucji zaczynają bez cienia wstydu mówić o uzupełnianiu medycyny akademickiej metodami leczenia, które są, moim zdaniem, albo jawnie kłamliwe - jak homeopatia, albo czysto metafizyczne - jak akupunktura lub też sprawiają wrażenie majaczenia kretyna - jak bioenergoterapia.
Projektodawcy ustawy przypominają wszakże, że w krajach Unii Europejskiej miliony ludzi korzystają z usług homeopatów, akupunkturzystów i bioenergoterapeutów. Niektóre zabiegi są nawet finansowane przez kasy chorych. Zgoda, ale czego to ma być dowodem? Skuteczności terapii? Może, lecz to dowód w stylu (przepraszam za dosadność cytatu): "Jedzmy g..., miliony much nie mogą się mylić" (W. Łysiak).
Przyjmijmy jednakże, że jesteśmy zmuszeni wprowadzić standardy europejskie. I oto rezultat: co bardziej sprytni oszuści zdobywają dyplomy naturoterapeutów. Wielu z nich wynegocjowuje nawet kontrakty z NFZ. Przypuśćmy teraz, że do jakiegoś mistrza leczenia biopolem zgłasza się pacjent cierpiący z powodu hemoroidów. Kiedy po kolejnym zabiegu nie zauważa poprawy - pyta: "Kto temu człowiekowi dał dyplom? Przecież jego biopole jest zupełnie nieskuteczne. W efekcie nie mogę pracować, a jestem posłem koalicji wyznaczonym przez SLD do siedzenia na d... na każdym posiedzeniu Sejmu i głosowania na cztery ręce. Wnoszę sprawę do sądu". Sąd powołuje "biegłych" z Polskiego Towarzystwa Psychotronicznego* i Małopolskiego Cechu Bioenergoterapeutów*, których "ekspertyza" wykazuje, że biopole oskarżonego ma odpowiednią "siłę i zakres". Naturoterapeuta zeznaje, że stosował biopole ściśle wg zasad określonych przez Sekcję Bioenergoterapii Cechu Rzemiosł Różnych* oraz Healing Center Club*. Co więcej, tak się natężał na każdym seansie leczniczym, że mu oczy wychodziły z orbit. Sędziemu też wychodzą....
Nazwy "szkół medycyny niekonwencjonalnej" (zaznaczone*) wybrałem przypadkowo z dokumentów resortu. Potrzebny komentarz?
Prezes NRL Konstanty Radziwiłł pisze: "... nie sądzę, aby jakakolwiek akcja o charakterze administracyjnym mogła wpłynąć na istniejący stan rzeczy. Myślę, że tylko uporczywe edukowanie społeczeństwa (...) pozwoli poprawić nieco rzeczywistość w tym zakresie". Zgadzam się całkowicie. Uważam jednak, że resort zdrowia kompletnie lekceważy swoją misję edukacyjną.
Postaram się więc pomóc tej instytucji i wytłumaczyć Czytelnikom, czym w rzeczywistości jest naturoterapia. Będę miał przy tym kilka pytań do ministra zdrowia, gdyż to on podejmuje z urzędu ostateczne decyzje w sprawach dopuszczenia do stosowania w Polsce różnych metod leczenia.

Część edukacyjna

HOMEOPATIA. Jej "ojcem" jest lekarz, chemik i okultysta Samuel Hahnemann. Jak sam pisze, nowy sposób leczenia objawił mu się w czasie seansu spirytystycznego. Odkrycie potwierdził przeprowadzając wiele jednostkowych obserwacji i eksperymentów, nie mających wszakże nic wspólnego z naukową metodyką badawczą. Siłą rzeczy wnioski wyciągnięte z badań możemy dzisiaj określić jako zbiór anegdot. Zawarte są one w dziele pt. "Organon racjonalnej sztuki lekarskiej" i od 200 lat (!) stanowią dla homeopatów obowiązujący kanon. Oto one: 1) jedyną i prawdziwą przyczyną wszystkich chorób jest świerzb, 2) podobne należy leczyć podobnym, 3) najbardziej skuteczne są leki w rozcieńczeniu praktycznie nieskończonym, tzn. że pojedyncza dawka leku może zawierać mniej niż jedną cząsteczkę substancji leczniczej, 4) brak leku w rozpuszczalniku nie zmniejsza jego wartości, ze względu na tzw. "pamięć wody", która absorbuje i koduje promieniowanie elektromagnetyczne "substancji leczniczej". A teraz pytam:
1. Czy to prawda panie ministrze, że przyczyną wszystkich chorób jest świerzb?
2. Co to znaczy, że "podobne należy leczyć podobnym"? Czy przypadkiem nie to samo, że "zielone należy malować zielonym". Zgodzi się pan ze mną, że dla osoby myślącej logicznie głębia znaczeń tych stwierdzeń jest identyczna?
3. Panie ministrze, lekarze homeopaci twierdzą, że im większe rozcieńczenie "leku" - tym większa jest jego skuteczność. Czy w związku z tym wyda pan polecenie, by wykładowcy farmakologii dla studentów IV roku AM zaprzestali używania określenia "najmniejsza, działająca dawka leku"?
4. Prof. J. Benveniste udowodnił eksperymentalnie dowcip Hahnemanna o istnieniu "inteligentnej wody". Za prace na ten temat Uniwersytet Harvarda przyznał mu dwukrotnie (1991, 1998) nagrodę Ig-Nobla (ignoble - haniebny, podły) za najgłupszą pracę naukową roku (http://www.biuletynsceptyczny.lauda.pl/). Czy ww. laureat powinien być hospitalizowany w zakładzie psychiatrycznym, czy może się leczyć ambulatoryjnie?
Panie ministrze zdrowia, kiedy zabierze pan dyplomy lekarza medycyny homeopatom? Przecież oni okłamują swoich pacjentów, nie informując ich, że przepisują placebo zamiast lekarstwa.
AKUPUNKTURA. Wszystkie zjawiska we wszechświecie napędzane są energią życia Tchi, która przejawia się w dwóch formach: Yang (dodatnia, ciepła, męska) i Yin (ujemna, zimna, kobieca). Zdrowy człowiek to ten, u którego obie energie pozostają w równowadze. Zaburzenia tej równowagi leczy akupunktura, czyli nakłuwanie igłami jednego (lub więcej) z ok. 2000 punktów, zlokalizowanych wzdłuż 12 parzystych i 2 nieparzystych linii zwanych meridianami, którymi krąży energia Tchi. Kanały parzyste to m.in. kanał płuc, serca, śledziony, trzustki, potrójnego ogrzewacza (sic!), wątroby itd. Leczenie chorego narządu polega na nakłuwaniu odpowiedniego punktu na skórze. Mapę tych punktów sporządzono w Chinach, w czasach, gdy śledzionę uważano za centrum myślenia. To by się zgadzało...
Pytanie: Panie ministrze, czy człowiek przeziębiony jest bardziej Yang, czy Yin? Wiem, że to trudno rozstrzygnąć, ale czy nie uważa pan, że w tym przypadku skuteczne byłoby nakłucie odpowiedniego punktu położonego w przebiegu meridiany potrójnego ogrzewacza?
BIOENERGOTERAPIA. ?Z bioenergoterapią jest jak z prądem. Nie ma go, a jest - tłumaczy M.O., który ma doktorat z radiestezji. - W leczeniu swoich pacjentów stosuję zasadę: małe w dużym, duże z małych, małe o dużym, duże o małych. To bardzo prosta zasada kosmosu. To, co jest na górze, jest i na dole (...). Tak w skrócie można to objaśnić". (Kulisy, 2001).
Nie jest Pan ciekawy, panie ministrze, kto był promotorem pracy doktorskiej M.O., kim byli recenzenci oraz w jakiej szkole wyższej funkcjonuje rada wydziału, która w tajnym głosowaniu zatwierdziła ten doktorat?

Wołanie o rozum

Wszyscy widzimy, że każda kolejna reforma polskiego lecznictwa pogłębia chaos organizacyjny i obniża prestiż zawodu lekarza. W efekcie tworzy się wielka, pusta, złota nisza dla wszelkiej maści nawiedzonych uzdrowicieli i cynicznych oszustów leczących "całego człowieka".
Ci nawiedzeni są na tyle prymitywni, że nie zdają sobie sprawy z tego, że bredzą i nie widzą nic śmiesznego w "terapii" za pomocą wahadełka, różdżki, kryształu, piramidy, talizmanu, odpromiennika, energetyzowanej wody, tybetańskiego dzwonka, tronu Horusa, biometru, pierścienia Atlantów, inteligentnej wody, rezonansu świadomości, biopola, dotyku, niedotyku, światła, koloru, zapachu itp.
Oszustom nie zależy na uprawdopodobnieniu tego cyrku i kłamią w żywe oczy. Obie grupy zarabiają na naiwności, głupocie lub rozpaczy ludzi chorych. Wszystko to mogę zrozumieć.
Nie mogę tylko pojąć zasad, wg których kompletowano ekipę ludzi zabiegających o uchwalenie ustawy legalizującej tę całą ezoterykę. Czyżby jedynym kryterium była przynależność do Sprzysiężenia Wodnika? Nie wiem, ale pamiętać trzeba, że termin "medycyna naturalna" wypromowali zawodowi oszuści ruchu New Age, którzy nazwali siebie uzdrowicielami. Słusznie założyli, że będzie to sposób leczenia, który można łatwo i szybko wytłumaczyć, zrozumieć i zastosować. Było im to potrzebne do standaryzacji sposobów wyłudzania pieniędzy. Obecnie zawód naturoterapeuty będzie być może zamocowany ustawowo. W efekcie w Dzienniku Ustaw zostanie na zawsze zapisane, że Polska jest krajem przygłupów.
Panie ministrze zdrowia, zwracam się do pana w imieniu wszystkich racjonalnie myślących ludzi. Jeżeli prawda naukowa i zdrowie obywateli tego kraju mają dla pana jakiekolwiek znaczenie, to proszę w masowych środkach przekazu oficjalnie stwierdzić, że homeopatia, akupunktura i bioenergoterapia nie mają (poza efektem placebo) żadnego znaczenia leczniczego. Ich miejsce zaś, jako szamanizmu medycznego, znajduje się na jarmarcznym obrzeżu naszej kultury.






Źródło: Puls Medycyny

Podpis: prof. zw. dr hab. med. Andrzej Gregosiewicz, AM Lublin

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.