Szpitalne finanse: było źle, ale będzie zdecydowanie gorzej

  • Katarzyna Lisowska
opublikowano: 15-03-2022, 11:57

Budżety szpitali po długich miesiącach pandemii są dziurawe jak sito. Ich zadłużenie na koniec 2021 r. szacowano na ok. 20 mld zł. I to nie koniec kłopotów tego sektora. Lecznice muszą się szykować na kolejne obciążenia, jakie pociąga wchodząca w lipcu regulacja dotycząca minimalnego wynagrodzenia w ochronie zdrowia. To może dobić nawet te szpitale, którym do tej pory udawało się utrzymać na plusie.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Bez zmiany wyceny albo wprowadzenia nowego mechanizmu rekompensaty związanej z wejściem ustawy o minimalnym wynagrodzeniu szpitale nie będą w stanie znaleźć środków na sfinansowanie podwyżek.
Fot. Borys Skrzyński

Krystyna Walendowicz, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala w Zakopanem, wskazuje, że w jej przypadku środki otrzymywane w ramach kontraktu z NFZ przed pandemią pozwalały na to, by sytuacja była w miarę stabilna. W pandemii było już “kiepsko”.

Trudne odrabianie świadczeń

– Pandemia uniemożliwiła całkowite wykonanie kontraktu. W jej pierwszym roku (2020 - przyp. red.) został on wykonany na poziomie 70 proc. W kolejnym mieliśmy to odrobić, ale w sytuacji wciąż trwającej pandemii praktycznie było to niemożliwe. I ostatecznie w kolejnym roku sytuacja finansowała była również zła - mówi dyrektor zakopiańskiego szpitala.

Jak dodaje, rok 2022 przyniósł wzrost wyceny punktowej w rehabilitacji, co mogłoby zapowiadać, że w końcu sytuacja finansowa szpitala się ustabilizuje, ale rosnąca inflacja w granicach 10 proc., koszty energii oraz zanik dofinansowania do wynagrodzeń dla pielęgniarek już na starcie pogrzebał szansę na to, że coś się poprawi. – Gdyby nie pomoc samorządu Małopolski i tarcze antykryzysowe, jakie wprowadzono, to już dziś sytuacja szpitala byłaby wręcz tragiczna – stwierdza Walendowicz.

Koszty utrzymania szpitali podbiła pandemia, a wojna je jeszcze podniesie

W podobnym tonie wypowiada się dla portalu pulsmedycyny.pl Błażej Górczyński, prezes Pleszewskiego Centrum Medycznego. Jak przyznaje, pierwsze miesiące pandemii przyniosły drastyczny wzrost kosztów dla jego placówki. Co miało związek z koniecznością zakupu m.in. środków zabezpieczenia medycznego oraz rosnącymi kosztami personelu. – Najmniej chyba w pandemii ucierpiały te szpitale, które zostały całkowicie przekształcone w covidowe. Pozostałe musiały bowiem generować bardzo dużo nadgodzin personelu, który poza opieką nad pacjentami z COVID-19 musiał też otoczyć opieką chorych z macierzystych oddziałów – ocenia nasz rozmówca.

Dodaje, że pewne niestandardowe decyzje, jakie podejmowała jego lecznica w czasie pandemii, pozwoliły ograniczyć jej straty. Jednak o dalszym funkcjonowaniu z uwzględnieniem kosztów, które za sprawą koronawirusa poszybowały ostro w górę, a prawdopodobnie wzrosną jeszcze w związku z wojną w Ukrainie, myśli z dużym niepokojem. W jego opinii przy obecnym finansowaniu szpitali utrzymanie odpowiedniej jakości ich funkcjonowania wydaje się zadaniem niemożliwym do zrealizowania.

Akredytacja placówek jak kwiatek do kożucha

Dyrektor Walendowicz dodaje, że trzeba pamiętać, że jakość kosztuje. Nie wszystkie placówki akredytowane, które ponoszą trud zapewniania wysokiej jakości, są za to w jakikolwiek sposób premiowane. – Mój szpital jest placówką akredytowaną, ale z tego tytułu nie ma żadnych profitów. Akredytacja jest uznawana w szpitalach ogólnych i tam z tego tytułu są pewne bonusy. Ale w rehabilitacji dziwnym sposobem nie. Tu akredytacja daje tyle, co kwiatek do kożucha. Dlatego dziś szpitale jak mój na rozwój czy wdrażanie koordynowanej opieki nie mogą sobie pozwolić, bo walczą o przetrwanie – kwituje.

Ustawa o minimalnym wynagrodzeniu przepełni czarę

Zdaniem naszych rozmówców w kwestii finansów najgorsze dopiero przed szpitalami. Te będą musiały jeszcze zmierzyć się ze wzrostem kosztów personalnych wymuszonych ustawą o minimalnym wynagrodzeniu w ochronie zdrowia. Co może też uruchomić kolejną lawinę roszczeń finansowych.

– Trudno sobie wyobrazić, że doświadczony księgowy odpowiedzialny za zamówienia pogodzi się z tym, że będzie zarabiać mniej niż pielęgniarka z licencjatem. To będzie przyczynek do wojny między personelem. Trzeba będzie zrobić kolejną podwyżkę dla pracowników administracyjnych, a na to nie ma pieniędzy – komentuje dyrektor Walendowicz. Nasi rozmówcy przyznają, że dziwi ich optymizm ministra zdrowia, który nie spodziewa się, że podwyżki wynagrodzeń personelu medycznego przełożą się na oczekiwania finansowe pozostałych pracowników lecznic.

– Wymóg wypłacenia minimalnego wynagrodzenia krępuje dyrektorów szpitali. Ten wzrost wynagrodzeń w przypadku mojego szpitala to będzie miesięcznie 100 tys. zł. To realna kwota, która trzeba znaleźć, a która przekracza wzrost uzyskany w naszym przypadku dzięki podniesieniu wyceny punktowej w rehabilitacji – kontynuuje Walendowicz.

Jak uzupełnia prezes Górczyński trzeba pamiętać, że mocą ustawy płace personelu medycznego zostają uzależnione od kwoty bazowej, która będzie zmieniała się, co roku. – To wymusza rozwiązanie – po stronie rządzących – takie, które będzie bilansowała szpitalom te zmiany – podkreśla i jak tłumaczy, w tym roku wzrost średnio wynagrodzenia osiągnie ok. tysiąc zł. Co w jego ocenie doprowadzi do powstania kominów finansowych - osoby na umowie o prace będą miały zagwarantowane wzrosty wynagrodzenia. - Dla kierujących szpitalami to ryzykowne, bo na te zmiany nie będą mieli wpływu – wyjaśnia prezes PCM.

Wynik na plus? To się nie może udać

Dodaje: Bez zmiany wyceny albo wprowadzenia nowego mechanizmu rekompensaty związanej z wejściem tej ustawy szpitale nie będą w stanie znaleźć środków na ich sfinansowanie, bo to są zbyt duże koszty. My jesteśmy szpitalem, który nigdy nie miał wyniku ujemnego, aż do tej pory. W tej chwili plany oszacowaliśmy na taki wynik. Za pół roku koszty tej ustawy w przypadku mojego szpitala to ok. 7 mln zł. W skali roku będzie to już kwota podwójna. Wiedząc, że w lipcu wejdzie ustawa, musieliśmy przewidzieć po stronie kosztów horrendalne wydatki, które nie znajdą odzwierciedlenia w przychodach. Myślę, że większość szpitali nie poradzi sobie z tym.

Jak przekonuje prezes PCM, wyliczenie obciążeń z tytułu regulacji wprowadzanych ustawą to dość prosta rzecz. - Znamy kwotę bazową i współczynnik, tak samo jak liczbę personelu, i dane te wynikają z norm, więc szacunkowe policzenie poziomu kosztów, które się pojawią od lipca, jest możliwe od ręki. Dziwi mnie, ze dotychczas nie poznaliśmy mechanizmów, które miałyby nam rekompensować ten wzrost - komentuje.

Dotychczasowe rozwiązania, choć krytykowane, nie były takie złe

Prezes Górczyński podkreśla, że trzeba pamiętać o likwidacji wskaźników korygujących. - Do tej pory w oparciu o nie dostawaliśmy środki na pokrycie kosztów, które wygenerowane zostały przez rozwiązania ustawowe. Wyglądało to tak, że podawaliśmy speselowanego pracownika i to, jak on zarabia, oraz kwotę, jaką będziemy musieli wydać w związku z podwyżką. Na te podwyżki dostawaliśmy środki. Teraz likwidacja wskaźników korygujących i przeniesienie tej kwoty do wartości wyceny jest moim zdaniem niemożliwe do sprawiedliwego zrobienia, ponieważ różne szpitale miały te koszty w rożnym wymiarze - mówi prezes PCM.

Jak tłumaczy, niektórzy mieli 30 proc. osób zatrudnionych na umowę o pracę, a wzrost punktu będzie dla wszystkich taki sam. W efekcie szpitale, które będą miały niski poziom zatrudnienia osób na umowę o pracę, będą miały dużo lepsze wyniki finansowe. W ocenie naszego rozmówcy pojawia się więc duże ryzyko, że szpitale zaczną zatrudniać na umowy cywilnoprawne, bo nie będzie opłacać się zatrudniać na umowę o pracę.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Friediger: szpitale nie otrzymały rekompensaty kosztów podwyżek płac

Bez podwyżki stawki kapitacyjnej część przychodni „padnie”, zanim wdrożona zostanie reforma POZ

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.