Skąd oni to wiedzą? [FELIETON Jerzego Papugi]
Mój codzienny kierat zaczynam od zasiadania przy komputerze i przeglądania e-maili, czyli wspólnego dla całej ludzkości okna na świat, przez które komunikujemy się ze sobą, pracujemy i robimy codzienne sprawunki. Osobliwością każdej chyba skrzynki mailowej są niechciane wiadomości, dla których barierą w Unii Europejskiej miało stać się RODO, czyli ogólne rozporządzenie w sprawie ochrony danych osobowych.
Jest to tak doniosły akt prawny, że prawie wszyscy diabli zaludniający Internet sprzysięgli się, by go notorycznie nadużywać bądź po prostu bezczelnie łamać. Zdrowie i medycyna są doskonałym do tego poletkiem: z kilkudziesięciu śmieci, odbieranych codziennie na mojej skrzynce, czasami połowa to niechciane e-maile medyczne i zdrowotne. Najświeższy przykład to dziesięć reklam witamin i preparatów ogólnie polepszających jakość życia, dwie informacje o szumach usznych i metodach ich zwalczania, aż sześć e-maili o problemach skórnych, z czego jeden reklamujący niezawodną serbską maść na łuszczycę, za to tylko dwa e-maile o pasożytach potencjalnie mnie zamieszkujących. Ogłoszeń o diecie cud czy poprawie męskiej sprawności już nie wspomnę...

Odrębną kategorią są wezwania do uzupełnienia danych osobowych — pod płaszczykiem przypomnienia o umówionej wizycie lekarskiej lub planowanych zapisach na badania — tych jest po kilka dziennie. Odnoszę przy tym wrażenie, graniczące niemal z pewnością, iż nachalność powyższych zdwoiła się od maja, kiedy RODO zaczęło nas wszystkich obowiązywać.
Oczywiście, nie jesteśmy zupełnie bezbronni: każde dziecko może nam zainstalować w komputerze odpowiedni program, tzw. adblock, który choć częściowo te śmieci na przeglądarkach internetowych wyłapie i zdusi w zarodku. Tyle że odradzają się one jak hydra, której łeb się ucina, a odrastają dwa nowe. Mnie natomiast ciekawi, skąd wyżej wymienieni nadawcy uzyskują nasze dane osobowe, których przecież nikt przy zdrowych zmysłach — od dobrych już paru lat — pochopnie nie rozdaje? Odbywał się, a może odbywa nadal, handel danymi, ale interesując się RODO wiem, że prawnie został zakazany, a nabywanie baz, szczególnie medycznych, jest po prostu nielegalne i grozi bardzo wysokimi karami.
Pomijając katalog chorób, które miałyby mnie dotyczyć (typowanych na zasadzie: trafiony-zatopiony) i sposobów ich leczenia, nie jestem pewien, czy odwiedzając publiczne i niepubliczne gabinety lekarskie, możemy już czuć się komfortowo pod względem ochrony naszych danych. O ile duże podmioty lecznicze mają pełnomocników ds. ochrony danych osobowych, bo ten obowiązek nałożyło na nie RODO, o tyle małe gabinety radzą sobie z tym raczej intuicyjnie. Co zastanawiające, ilekroć idę do lekarza i zastrzegam pisemnie ochronę danych, to i tak nazajutrz odbieram telefony o badaniach kontrolnych urządzanych w moim mieście albo e-maile o obowiązku uzupełnienia danych. Oczywiście splot przyczynowo-skutkowy może być tu zupełnie przypadkowy, ale na wszelki wypadek przywdziewam zbroję milczenia i nie daję się wciągnąć w odpowiadanie.
Problem jednak nie jest mały i nawet zapytałem znajomego prawnika, jak sobie z nim poradzić: czy np. nie złożyć obywatelskiego zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa? Objaśnił mnie, że byłoby to dość trudne i raczej bezskuteczne, on osobiście wołałby, żebym o tym po prostu napisał.
No i teraz moja recepta: gabinet lekarski jest, jak wiadomo, publiczny, ale wiedza w nim zgromadzona i odbyte czynności — tajne przez poufne. W tym aspekcie każdy gabinet lekarski jest kancelarią tajną, chronioną prawem, przede wszystkim w interesie pacjenta. Byłoby kapitalnie, gdyby tej reguły świadomie w przychodniach i gabinetach przestrzegać, nawet w tak niewinnych sprawach, jak badania populacyjne, które w danej miejscowości organizuje firma x lub y i zwraca się do miejscowych lekarzy o pomoc w ustaleniu grupy docelowej.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Jerzy Papuga