Przedstawicielka OZZPiP: dziś to pracodawcy wybierają, komu ile zapłacą. To ślepa uliczka
Jeśli chcemy, by pracownicy byli zmotywowani do stałego poszerzania swoich kompetencji, musi za tym iść podwyższenie wynagrodzeń. Pracodawcy nie mogą - jak czynią to dziś - wybierać, komu ile zapłacą w zależności od tego, co w danym momencie uznają za bardziej dla siebie opłacalne - mówi Zofia Czyż, przewodnicząca Regionu Mazowieckiego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych.

Od 1 lipca 2022 roku obowiązuje znowelizowana ustawa o minimalnym wynagrodzeniu w ochronie zdrowia, wprowadzająca nowe współczynniki pracy, na podstawie których wyliczane są wynagrodzenia poszczególnych grup zawodowych w systemie ochrony zdrowia. Od niemal samego początku prac nad nowelizacją przeciwko jej zapisom protestuje duża część pielęgniarskiego środowiska. OZZPiP opracował nawet własną propozycję zapisów ustawy.
Ustawa o minimalnym wynagrodzeniu - co proponuje OZZPiP
– Chciałabym przypomnieć, że od początku prac nad nowelizacją ustawy o minimalnym wynagrodzeniu w ochronie zdrowia Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych był przeciwny zawartym w niej propozycjom. Już wtedy jako OZZPiP przewidzieliśmy skalę i rodzaj nieprawidłowości w zakresie wypłacania pielęgniarkom należnych wynagrodzeń, do jakich zaczęło dochodzić w kolejnych miesiącach. Nasze obawy się potwierdziły, ale trudno mówić tu o poczuciu satysfakcji - mówi Zofia Czyż, przewodnicząca Regionu Mazowieckiego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych.
Jej zdaniem nowelizacja ustawy o minimalnym wynagrodzeniu wprowadziła chaos w zakresie wynagrodzeń personelu pielęgniarskiego oraz wiele napięć wśród pielęgniarek, ale też pomiędzy środowiskiem a pracodawcami.
– Stąd jako OZZPiP zdecydowaliśmy wysunąć własną propozycję. Ich najważniejszym punktem jest podniesienie współczynników pracy dla 5. i 6. grupy zawodowej. Chodzi o wzrost z poziomu odpowiednio z 1,02 na 1,19 oraz z 0,94 na 1,09. Chciałabym przy tym podkreślić, że zmiana ta miałaby dotyczyć nie tylko samych pielęgniarek i położnych, ale wszystkich pracowników medycznych zaszeregowanych do tych dwóch grup. Celem jest spłaszczenie różnic płacowych pomiędzy personelem zaszeregowanym do grupy 2 a tym uwzględnionym w grupach 5 i 6. Zgodnie z wyliczeniami OZZPiP, ewentualne wejście w życie nowelizacji w zaproponowanym kształcie od 1 lipca 2023 roku kosztowałoby w drugim półroczu 4 mld 183,4 mln zł - wyjaśnia Zofia Czyż.
Druga propozycja zmian w ustawie, jaką sformułował Związek, dotyczy kwalifikacji wymaganych na danym stanowisku. Przed 1 lipca 2023 r. pracodawcy nie różnicowali pielęgniarek i położnych pod kątem kwalifikacji posiadanych i wymaganych na danym stanowisku.
– Co ciekawe, gdy pracodawca stara się np. o akredytację lub podpisuje umowę z Narodowym Funduszem Zdrowia, zawsze stara się wykazywać wszystkie posiadane przez swoich pracowników kwalifikacje – wtedy to mu się opłaca. W momencie gdy pracodawca nalicza wynagrodzenia i okazuje się, że musi za posiadane kwalifikacje pracownikowi zapłacić, jego punkt widzenia nagle się zmienia – wówczas już nie potrzebuje lepiej wykwalifikowanego pracownika. Taka polityka płacowa jest oburzająca, ale jest też krótkowzroczna. W medycynie mamy do czynienia z ogromnym postępem wiedzy, obejmującym nie tylko lekarzy, ale i pozostałe grupy zawodowe. Dyrektorom powinno zależeć, by ich pracownicy stale się dokształcali – na pielęgniarkach i położnych ciąży poza tym obowiązek ustawicznego kształcenia. Jeśli chcemy, by pracownicy byli zmotywowani do stałego poszerzania swoich kompetencji, musi za tym iść podwyższenie wynagrodzeń. Pracodawcy nie mogą - jak czynią to dziś - wybierać, komu ile zapłacą w zależności od tego, co w danym momencie uznają za bardziej dla siebie opłacalne. Taka polityka to ślepa uliczka - uważa Zofia Czyż.
Dziś koszty kształcenia są przerzucane na pielęgniarki
Jak zauważa, tzw. ustawa podwyżkowa zostawiła pracodawcom furtkę umożliwiającą nieprawidłową wypłatę wynagrodzeń, z której część korzysta, czego można się było zresztą spodziewać, biorąc pod uwagę niedofinansowanie całości systemu.
– Przy czym pamiętajmy, że szpitale otrzymały wzrost kontraktów właśnie po to, by pokryć koszty podwyżek. Wiele z nich woli jednak przeznaczyć część tych środków na inne cele niż pensje pielęgniarek i położnych. Ustawodawca musi się na coś zdecydować: jeśli wymaga od pielęgniarek ustawicznego kształcenia, powinno to mieć odzwierciedlenie w poziomie wynagrodzeń. Tym bardziej, że obecnie w znaczącym stopniu koszt kształcenia podyplomowego jest przerzucany na pielęgniarki i położne - podsumowuje Zofia Czyż.
PRZECZYTAJ TAKŻE: Ptok o normach zatrudnienia: zbyt wygórowane? Realnie na oddział przypadają 3-4 pielęgniarki
Źródło: Puls Medycyny