Prof. Wiesław Jędrzejczak: Nie potrafię oddawać się bezczynności
Prof. Wiesław Jędrzejczak: Nie potrafię oddawać się bezczynności
O pierwszym przeszczepieniu szpiku w Polsce, mistrzach, którzy wspierali na zawodowej drodze, a także hobby, jakim jest odnawianie antyków, opowiada prof. dr hab. n. med. Wiesław W. Jędrzejczak.

Wyjątkowy dyżur…
Było ich wiele, najbardziej pamiętam te, które wiązały się z przeszczepianiem. Skoro jednak mam wybrać jeden dyżur, to sięgnę pamięcią do roku 1984. Naszą pacjentką była 6-letnia Ola, skierowana do Warszawy z Poznania. Dziecko zmagało się z wrodzoną chorobą szpiku, polegającą na braku wytwarzania krwinek czerwonych. Dziewczynka żyła tylko dzięki przetoczeniom erytrocytów, miała tych zabiegów w sumie 60. Ponieważ okazało się, że siostra naszej pacjentki jest z nią zgodna tkankowo, podjęliśmy decyzję o wykonaniu przeszczepienia szpiku.
To była pierwsza transplantacja alogenicznego szpiku w Polsce. Wszystko było dla nas nowe. Nikt z zespołu wcześniej nie widział przeszczepienia szpiku u człowieka. Całą technologię opracowaliśmy sami, posługując się piśmiennictwem, trochę bazując na doświadczeniu z przeszczepień na myszach. W końcu nadszedł dzień zabiegu. Potem kolejne, gdy oczekiwaliśmy na efekty. W końcu, po ponad 20 dniach od przeszczepienia, w krwi obwodowej pojawił się jeden jedyny retykulocyt, czyli młoda krwinka czerwona. To było niesłychane, poczuliśmy euforię, choć początkowo nasz entuzjazm studziła myśl, że to może laboratoryjny błąd. Ale kolejnego dnia retykulocytów było już 10, potem 100, 1000 i wiele tysięcy. Od tego czasu dziewczynka nie potrzebowała już przetoczeń, żyje do dziś i ma się dobrze.
Pacjent, którego nie zapomnę…
Ich także jest wielu. W swojej długoletniej karierze zmierzyłem się wieloma dramatycznymi sytuacjami. Liczne zakończyły się szczęśliwe, ale były też i takie, gdy nie udało się chorego uratować. Jedna z takich niezapomnianych historii dotyczy pacjenta, który się dusił, nowotwór zamykał mu tchawicę. Próbowałem mu pomóc wspólnie z nieżyjącym już profesorem laryngologii Henrykiem Czarneckim. Zdecydowaliśmy się na interwencję, która dziś wydawałaby się sprzeczna z wszelkimi zasadami. Traciliśmy pacjenta, więc prof. Czarnecki sięgnął po wiekowy bronchoskop, który był właściwie zwykłą, żelazną rurką. Założyłem pacjentowi chwyt, unieruchamiając go, a profesor na siłę przepchał mu tchawicę tym archaicznym narzędziem. Pacjent był już fioletowy, gdy raptem zaczerpnął tchu przez rurkę, zrobił się różowy. W tej dramatycznej sytuacji uratowaliśmy mu życie.
Najtrudniejszy egzamin na studiach…
Chyba z chirurgii. Nie chodzi nawet o skalę trudności, tylko o fakt, że pokłóciłem się z egzaminatorem, już nieżyjącym prof. Bogdanem Wróblewskim. Nie pamiętam już o co dokładnie poszło, ale byłem pewny swoich racji. W końcu, po zaciętej dyskusji, dostałem czwórkę. Profesor zaznaczył, że tylko dlatego stawia tak wysoką ocenę, że mam same piątki w indeksie i nie chce popsuć mi dyplomu, który z trójką nie mógłby być czerwony, czyli z wyróżnieniem. Straciłbym także szansę na nagrodę Ministra Obrony Narodowej.
Wiele lat później, gdy wróciłem z USA i już byłem jakoś rozpoznawalny w środowisku, zostałem zaproszony na inaugurację roku akademickiego. Spotkaliśmy się i prof. Wróblewski powiedział do mnie z uśmiechem: „Pamiętam naszą sprzeczkę. Jak to dobrze, że wzniosłem się wtedy ponad nasze spory i nie dałem koledze trójki, bo byłbym się bardzo pomylił”.
Przyznam, że na egzaminie pokłóciłem się w trakcie studiów dwa razy. Pierwszy raz na anatomii. Potem przyszedłem z książką do egzaminatora i pokazałem, że miałem rację. Usłyszałem: „No, ale dostał pan czwórkę nie za to, że nie miał racji, tylko za kłótnie z egzaminatorem!”.
Osoba, która inspiruje mnie najbardziej…
To trudne pytanie. Nie jestem wychowankiem jednego człowieka, nie pochodzę z żadnej tzw. szkoły naukowej. Prawdę mówiąc, ukształtowali mnie różni ludzie, których spotykałem na swojej drodze. Poczynając od mojego pierwszego szefa, czyli prof. Maksymiliana Siekierzyńskiego, potem byli: prof. Czerski, prof. Szmigielski, a za granicą prof. Ansari, który był moim wychowawcą w Stanach Zjednoczonych. To osoby, które miały największy wpływ na mój rozwój naukowy.
Święty Graal medycyny to…
Myślę, że nie ma jednego. Jest bardzo wiele chorób, bardzo wiele problemów i każdy wymaga innego podejścia. Choć to kusząca wizja, nie ma możliwości stworzenia uniwersalnego panaceum. Przykładowo: hematologia to dziedzina bardzo rozległa pod względem liczby chorób, różnych podejść do ich leczenia. Są choroby nowotworowe, z których każda jest inna. Na przykład w obrębie ostrej białaczki szpikowej, w powszechnym przekonaniu uważanej za jedną chorobę, wyróżniamy obecnie ponad 20 jej odmian, w których wypróbowywane są różne leki celowane.
Gdybym nie był lekarzem…
Trudno powiedzieć, może byłbym ekonomistą? To ciekawa dziedzina, kreatywna. Jestem osobą dość wszechstronnie uzdolnioną, przy czym nie genialną, w żadnej dziedzinie. Mam zdolności matematyczne, językowe. I ekonomia wydaje się dyscypliną, w której te moje różne zdolności mogłyby współgrać i stworzyć jakaś nową jakość.
Przełomowy moment w mojej karierze…
Chyba wyjazd na stypendium do Stanów Zjednoczonych. Dzięki temu z jednej strony poznałem wcześnie bardzo nowoczesny warsztat naukowy. Z drugiej — upewniłem się, że mój sposób myślenia nie jest wariacki, co w Polsce mogło się takie wydawać. Pobyt i praca w USA były jak przeoranie osobowości. Nie tylko pod względem naukowym, ale także życiowo. Spojrzałem na świat z szerszej perspektywy. To była konfrontacja z zupełnie innym systemem organizacji życia. Każdemu polecam takie doświadczenie. Uważam, że nie można naukowca wychować w jednym kraju.
Gdy jestem pacjentem, to…
Zachowuję się jak pacjent. Nie jestem profesorem Jędrzejczakiem, jestem Wiesławem J. Poddaję się kompetencji moich kolegów.
W uprawianiu zawodu lekarza najbardziej przeszkadza…
Postępująca dominacja spraw administracyjnych. Lekarze stają przez to biurokratami.
Kiedy nie pracuję…
To zawsze coś robię. Nie jestem osobą, która potrafi oddawać się bezczynności. Mam działkę, kilka domów. Bardzo lubię pracę fizyczną. Gdy pracuję czy piszę artykuł, to co jakiś czas robię sobie przerwę: na pracę w ogrodzie, poprawki w domu. Moim hobby jest odnawianie antyków. Aczkolwiek w ostatnim czasie trochę na tym polu spasowałem, bo już nie mam co z nimi robić.
W naszym cyklu "Wywiad lekarski" na pytania odpowiadali m.in.: prof. Longin Marianowski, prof. Barbara Cybulska, prof. Anna Latos-Bieleńska, prof. Andrzej Deptała, prof. Henryk Skarżyński, prof. Jerzy Szaflik, prof. Andrzej Bochenek, prof. Janusz Skalski czy prof. Marian Zembala.
Źródło: Puls Medycyny
O pierwszym przeszczepieniu szpiku w Polsce, mistrzach, którzy wspierali na zawodowej drodze, a także hobby, jakim jest odnawianie antyków, opowiada prof. dr hab. n. med. Wiesław W. Jędrzejczak.
Prof. dr hab. n. med. Wiesław Wiktor Jędrzejczak
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach