Państwo nie motywuje lekarzy rodzinnych
Lekarze rodzinni ciągle walczą o swoją pozycję w podstawowej opiece zdrowotnej - wynika z rozmowy z lekarzem specjalistą Agnieszką Jankowską-Zduńczyk, konsultantem krajowym w dziedzinie medycyny rodzinnej.
Lekarze rodzinni mają za sobą dramatyczne momenty. Na początku 2015 roku niektórzy sięgnęli po ostateczny argument i nie otworzyli swoich gabinetów. Mimo że sytuacja kryzysowa została zażegnana, pozostało jeszcze wiele problemów. Czego brakuje lekarzom rodzinnym, aby mogli w pełni realizować swoje kompetencje?
Początek tego roku był trudny dla medycyny rodzinnej. Jakie emocje towarzyszyły pani przy obejmowaniu w lutym funkcji konsultanta krajowego?
To był czas, kiedy w podstawowej opiece zdrowotnej jeszcze czuć było emocje związane ze styczniowym protestem Federacji Związków Pracodawców Ochrony Zdrowia Porozumienie Zielonogórskie. Jednak odkąd pamiętam, już od 1999 przełom roku kojarzył się z dodatkowym stresem związanym z zawieraniem lub kontynuowaniem umów z Narodowym Funduszem Zdrowia oraz z proponowanymi ewentualnymi zmianami, które zawsze ogłaszano z końcem roku. Tak było i tym razem. W miesiąc po przejęciu obowiązków konsultanta krajowego okazało się, że są duże kłopoty z realizacją szkoleń specjalizacyjnych. Teraz będzie prawdopodobnie kolejne zaostrzenie tego problemu.
Co powoduje największe rozżalenie lekarzy rodzinnych?
Słowa zawodu, które można usłyszeć, są spowodowane poczuciem ciągłej walki, ciągłych starań o pozycję lekarzy rodzinnych w podstawowej opiece zdrowotnej. W innych krajach europejskich medycyna rodzinna naprawdę jest podstawą systemów ochrony zdrowia i opieki zdrowotnej. Bazując na doświadczeniach lekarzy rodzinnych, które wymieniamy w czasie spotkań międzynarodowych, wiemy, jak powinna wyglądać podstawowa opieka zdrowotna na europejskim poziomie. Mamy jasny cel: zapewnienie społeczeństwu profesjonalnej, opartej na medycynie rodzinnej podstawowej opieki zdrowotnej. W naszym kraju ciągle dążymy do celu.

Specjaliści medycyny rodzinnej nie są motywowani do realizowania w pełni swoich kompetencji wynikających z tak szerokiego przygotowania. To nie jest tylko wina Ministerstwa Zdrowia, na to złożyło się wiele aspektów, m.in. brak ogólnego dążenia do wzmocnienia roli lekarza rodzinnego przez posłów i senatorów, którzy zamiast dawać tym lekarzom szersze kompetencje, wprowadzili internistów i pediatrów do podstawowej opieki zdrowotnej. W środowisku medycznym nadal pokutuje wizerunek lekarza rodzinnego z lat 50-60. XX wieku, kiedy opieka podstawowa była tym miejscem w systemie, gdzie lekarze często trafiali z wyboru negatywnego. Medycyna rodzinna zmienia ten wizerunek podstawowej opieki zdrowotnej, ale choć trwa to już lat piętnaście, ciągle jest nad czym pracować.
W związku z wejściem w życie pakietu onkologicznego dużo mówiło się o współpracy lekarzy rodzinnych ze specjalistami, w tym przypadku onkologami? Jaki pani ocenia te relacje?
Widzę pewną zmianę i postęp we współpracy lekarzy rodzinnych z innymi specjalistami. To oczywiście zależy indywidualnie od każdego lekarza i miejsca w kraju. Wielu lekarzy rodzinnych miało już inne specjalizacje, zanim odbyli specjalizację z medycyny rodzinnej. Rzeczywiście jednym z podstawowych zadań lekarzy rodzinnych jest czujność onkologiczna i myśmy zawsze ten obowiązek wykonywali, a oprócz tego wszystkie zadania związane z profilaktyką pierwotną i wtórną. Wymiana informacji o możliwości realizacji tych zadań nie jest wystarczająca, ale wejście pakietu onkologicznego tego nie zmieniło.
Cały wywiad przeczytasz w sekcji "Dla Prenumeratorów" i papierowym wydaniu "Pulsu Medycyny".
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Rozmawiała Małgorzata Konaszczuk