Otwarcie o umieraniu

  • Ekspert dla "Pulsu Medycyny"
opublikowano: 26-11-2004, 00:00
Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Kiedy usłyszałem o organizowanym w pierwszą niedzielę listopada dniu otwartych drzwi w hospicjach, miałem wątpliwości, czy taka akcja ma sens. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy ktoś tu czegoś nie pomylił i nie wpadł w pułapkę, zgotowaną przez rzeczywistość, której znakiem rozpoznawczym jest komercjalizacja i nieustanna walka o klienta. Z pomocą przyszła pamięć. Przypomniałem sobie, ile to już razy, powstrzymując z największym trudem zdenerwowanie i gryząc się w język, musiałem tłumaczyć, że hospicjum nie jest umieralnią albo wyjaśniać zdumionym rozmówcom, że placówki opieki paliatywnej w ogóle istnieją.
Mimo intensywnego rozwoju ruchu hospicyjnego w Polsce, słowo ?hospicjum" nadal brzmi obco. Żadna w tym wina pracowników i wolontariuszy około dwustu hospicjów, którzy niosą, często z autentycznym powołaniem i poczuciem misji, pomoc nieuleczalnie chorym dorosłym i dzieciom na terenie całego kraju. To raczej skutek pozostawania medycyny paliatywnej na marginesie systemu ochrony zdrowia. Ta marginalizacja nie sprowadza się tylko do tkwienia w pozycji żebraka, nieustannie wyciągającego rękę po datki na przetrwanie. O ile problemom finansowym, przynajmniej tym najbardziej palącym, można by zaradzić praktycznie od ręki, to na przykład w żaden sposób nie da się z dnia na dzień poszerzyć wiedzy na temat medycyny stanów terminalnych. A jest ona niedostateczna także wśród lekarzy.
Jak dużo jest do zrobienia, widać najlepiej w szpitalach. Większość lekarzy słabo sobie radzi w kontaktach ze stojącym w obliczu śmierci chorym i jego rodziną. Problemy pojawiają się zaraz po ustaleniu diagnozy. Nie wiadomo, kiedy, w jakiej formie i zakresie należy o niej poinformować. A ponieważ nikt tego nie uczy ani na studiach, ani w kształceniu podyplomowym, początkujący lekarze zachowują się w sposób intuicyjny, a starsi posługują wypracowanymi przez siebie wzorcami, nie zawsze zgodnymi z oczekiwaniami chorych. Najtrudniej jest w przypadkach, gdy trzeba podjąć rozmowę o nieubłaganie zbliżającej się śmierci. Najczęściej w ogóle nie podejmuje się tematu. ?Jeśli w szpitalu powiecie coś o umieraniu, nikt nie usłyszy. Możecie być pewni, że powstanie jakaś dziura powietrzna i zaczną mówić o czym innym" - pisał w jednym z listów do Pana Boga tytułowy bohater wzruszającej książki Erica-Emmanuela Schmitta ?Oskar i Pani Róża". Nie jest wcale pocieszeniem, że omijanie tematu śmierci w rozmowie lekarza z nieuleczalnie chorym to nie tylko nasza polska specyfika. Przeciwnie, u nas boli to jeszcze bardziej, ponieważ jesteśmy krajem, gdzie memento mori nie było pusto brzmiącym zawołaniem, a zgodnie z przetrwałą jeszcze gdzieniegdzie tradycją, chorzy umierali w domu, w otoczeniu najbliższych.
Zastanawiające, jak szybko byliśmy w stanie porzucić wielowiekowe obyczaje i ?unowocześnić" umieranie, omal nie czyniąc z niego kolejnej, zarezerwowanej dla szpitali, procedury medycznej. Dzięki opiece hospicyjnej, nieuleczalnie chorzy mogą jak dawniej odejść w domu, w otoczeniu bliskich, życzliwych im osób i do ostatnich chwil korzystać z postępu wiedzy medycznej. Czyż trzeba lepszej zachęty, by szerzej otworzyć podwoje hospicjów, nie tylko podczas organizowanego raz do roku dnia otwartych drzwi?

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: lek. Sławomir Badurek

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.