Ostrzej, ale bez skalpela: Cichaczem niczego się nie załatwi
Ostrzej, ale bez skalpela: Cichaczem niczego się nie załatwi
Ekspresowa legislacja parlamentarna ostatnich lat ma już swoją legendę. Połowie Polaków taka narracja już na dobre się spodobała, a druga połowa wciąż pomstuje na ulicach, rozpala świece przed sądami w ich obronie i oskarża o deptanie demokracji. „Trzeciej” połowie, czyli wszelkim gremiom Unii Europejskiej tak już zakręcono w głowie, że powoli macha ona ręką nad nowym cudem nad Wisłą. Ale sejmowe pendolino od niedawna musi co nieco przyhamować na przystanku „Senat RP”.
Ten cud to po prostu sprytne procedowanie nowych przepisów prawa pod osłoną nocy, w stanie przemęczenia posłów, wbrew instrukcji bhp i uchwalanie ustaw, kiedy słońce wstaje. Byle jak, nawet podczas zaspokajania głodu sałatką jarzynową na sejmowym pulpicie. Bez społecznych konsultacji, rozgłosu, kamer, boczkiem, chyłkiem, niby incognito, nieuchwytnie dla prasy, niemal po kryjomu. Aby do rana!

Czarodzieje dobrej zmiany doskonale wiedzą, że szpitale w gruncie rzeczy to nie sądy ani dotknięci do szpiku ambicji sędziowie. W dodatku chronieni immunitetem, a nie wystawieni jak lekarze i ratownicy medyczni na czynne napaści pijanych meneli. Lekarze czasem sobie powrzeszczą na władzę przed gmachem na ul. Miodowej i przemaszerują co dziesięć lat Krakowskim Przedmieściem, ale nigdy nie odważą się na jakiś głupi numer wobec swojego pacjenta. Czyli w gruncie rzeczy żadna władza nie ma z nimi kłopotu, dopóki uprawiają legalnie medycynę… po godzinach.
Tymczasem lekarska młodzież, którą w minionym roku minister zdrowia Łukasz Szumowski ograł niczym Leo Messi, będzie się musiała teraz zmierzyć ze swoimi lekarskimi rywalami spoza Unii Europejskiej, gotowymi na razie pracować nawet za pół darmo. Dokładnie tam, gdzie nasza lekarska latorośl będzie dumnie stawała dęba władzy. Każde pokolenie musi — nomen omen się wyszumieć. Naiwność i brak cwaniactwa, ale również autentyczność to naturalne atrybuty każdej młodości.
Przypominam, że młodzi rezydenci szczerze i z nieukrywanym entuzjazmem przyłączyli się do prac zespołu ministerialnego, aby wspólne dzieło służyło pacjentom i uzyskało akceptację środowisk medycznych. Niestety, ich zapał właśnie wysadzono w powietrze. Nie uwzględniono także (bez uzasadnienia) niemal połowy z ponad setki szczegółowych uwag i pozycji korekt zgłoszonych przez Naczelną Radę Lekarską.
Czasem chyba coś wymyka się mojej wyobraźni! Przecież ta dyskusja toczy się między lekarzami, wynajętymi chwilowo na urzędników z Miodowej, a tymi, z którymi przed chwilą ramię w ramię ci sami faceci walczyli o zdrowie i życie ludzkie w szpitalnych oddziałach i klinikach. Przyznaję z obrzydzeniem, że punkt siedzenia w polskiej medycynie jest wciąż tożsamy z punktem widzenia. A może komuś zależy na tym, aby lekarze wzięli się wreszcie za łby? Ostrzegam wszelkiej maści spryciarzy i dostojnych spin doktorów, że na to liczyć nie powinni.
O co więc chodzi tym politycznym zarozumialcom? O ich prestiż czy o pacjenta? Niech wreszcie pacjent odczuje ich opiekę zamiast dotychczasowej zgryzoty w kolejce do specjalisty czy szpitalnego łóżka.
Lekarzom prestiżu nigdy nie zabraknie. Choć od oskarżeń ich o cokolwiek czasem aż roi się na medialnych czołówkach. Każdy z nich ma gdzieś jego źródełko — w gminie, powiecie, w całym kraju. Niektórzy nawet w szerokim świecie. A co więcej, każdy z nich sympatycznym atramentem pisze pamiętnik swojego życia, z którego na bieżąco lub w następnych pokoleniach czerpie nieustanną wdzięczność za służbę ludziom, zamiast oglądania się do zmieniającej się co chwilę władzy.
Medycy z Ukrainy, Białorusi i Bliskiego Wschodu od lat ze zmiennym szczęściem szturmują wrota do polskiej ochrony zdrowia. Nostryfikacja dyplomów, LEK lub LDEK i sprawdzian biegłości w mowie i piśmie w języku polskim tworzyły dotychczas dość szczelne sito dla marnie wykształconych lekarzy. Na przykład na ponad dwumilionowej Lubelszczyźnie praktykuje legalnie zaledwie 30 lekarzy i dwóch dentystów spoza Unii. Czyli jeden dentysta na milion mieszkańców.
Otwarcie wolnego rynku dla polskich specjalistów w Europie i ich 12-tysięczny ubytek po akcesji Polski do UE (zwłaszcza w szpitalach powiatowych) skłonił luminarzy dobrej zmiany do zastosowania takich kadrowych łat, aby tylko nie było widać golizny. Dla lekarzy i lekarzy dentystów legitymujących się dyplomem uzyskanym w krajach spoza UE, zwłaszcza obywateli polskich, przewidziano nową ścieżkę weryfikacji kwalifikacji zawodowych. Czeka ich coś w rodzaju weryfikacji tego, co umieją lub czego nie potrafią w trybie zaliczenia, zwanego szumnie egzaminem. Tylko dlaczego ta krótka ścieżka pozwoli im jedynie udzielać świadczeń zdrowotnych bez możliwości podejmowania aktywności naukowej i dydaktycznej. Gorszy sort inteligencji już proklamowano. Teraz kolej na gastarbeiterów!
Samorząd lekarski stanowczo domaga się rewizji uzgodnień, w które zaangażował na wiele miesięcy swoje siły eksperckie, a nie jakieś tam uliczne pieniactwo, demagogię i tzw. donoszenie na Polskę.
Teraz wszystko znów spoczęło w rękach i głowach maszynistów rozpędzonego pendolino i skromnego zawiadowcy tranzytowej stacji „Senat RP”, który ma władzę nad przełącznikiem świateł w semaforze na trasie.
ZOBACZ TAKŻE: Nowe regulacje dla lekarzy spoza UE budzą wątpliwości NRL
Ekspresowa legislacja parlamentarna ostatnich lat ma już swoją legendę. Połowie Polaków taka narracja już na dobre się spodobała, a druga połowa wciąż pomstuje na ulicach, rozpala świece przed sądami w ich obronie i oskarża o deptanie demokracji. „Trzeciej” połowie, czyli wszelkim gremiom Unii Europejskiej tak już zakręcono w głowie, że powoli macha ona ręką nad nowym cudem nad Wisłą. Ale sejmowe pendolino od niedawna musi co nieco przyhamować na przystanku „Senat RP”.
Ten cud to po prostu sprytne procedowanie nowych przepisów prawa pod osłoną nocy, w stanie przemęczenia posłów, wbrew instrukcji bhp i uchwalanie ustaw, kiedy słońce wstaje. Byle jak, nawet podczas zaspokajania głodu sałatką jarzynową na sejmowym pulpicie. Bez społecznych konsultacji, rozgłosu, kamer, boczkiem, chyłkiem, niby incognito, nieuchwytnie dla prasy, niemal po kryjomu. Aby do rana!
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach