Ostrzej, ale bez skalpela: Chleba naszego rezydenckiego
„A miało być tak pięknie! Sześć lat katorżniczych studiów... A teraz to najlepiej uciekać za granicę albo dalej liczyć na pomoc rodziców. Bo na wymarzoną specjalizację mogę sobie pogwizdać. Na szczęście Niemcy i Skandynawowie już zaglądają mi zalotnie w oczy. Dostałam propozycje z siedmiu szpitali. Owszem, wymagają językowego poziomu B2, ale i to się da załatwić” — zwierzyła mi się niedawno rezydentka z Lublina.
Wyjazd za granicę to nie jest dziś ani wielki wyczyn, ani droga do raju, to po prostu wybór życiowej ścieżki. Sztuką w medycynie jest poczucie wolności i braku przymusu korzystania z dobrodziejstw w obcym kraju. Tymczasem moja lubelska bohaterka zasiliła blisko 15-tysięczną krajową armię rezydentów za „dwa dwieście” na rękę miesięcznie. Nie ma rady, trzeba chałturzyć po godzinach, 99 proc. rezydentów tak żyje i pracuje. Niekoniecznie jest to praca twórcza. NPL dla rezydenta interny czy pediatrii to całkiem fajna rzecz, ale dla przyszłego okulisty lub patomorfologa to strata czasu.