Moje hobby: rowerem po Indochinach
Na wyprawę rowerową po Wietnamie i Kambodży wybrałem się z moimi przyjaciółmi, w większości również studiującymi medycynę. Podróżowaliśmy przez ponad miesiąc i pokonaliśmy prawie 2,5 tys. kilometrów. Nigdy nie zapomnę tych pięknych dni, kiedy dzieci wybiegały nam na spotkanie, a dorośli przerywali pracę na polach ryżowych.
Były też chwile trudne, gdy w pełnym słońcu pokonywaliśmy kilkukilometrowe podjazdy lub po zmroku poszukiwaliśmy bezpiecznego miejsca na nocleg.
Jesteśmy grupą przyjaciół, których łączą nie tylko studia medyczne, ale i wspólne pasje. Zaczęło się od wyjazdów trekkingowych w Pireneje, Alpy, Tatry, potem przyszła kolej na wspinaczkę sportową i górską. Znamy swoje słabości i możemy na sobie polegać. Ostatecznie na wyprawę do Azji zdecydowało się pięcioro z nas. Przygotowania trwały długo — trzeba było m.in. zakupić niezbędne części zapasowe, wykonać szczepienia ochronne, odpowiednio zapakować rowery, aby przetrwały transport samolotem.

Pokonanie pierwszych kilku kilometrów po ruchliwej drodze prowadzącej z lotniska do Hanoi, stolicy Wietnamu, okazało się naprawdę trudne. Motory i rowery są dosłownie wszędzie — wyjeżdżają z prawej i z lewej strony, z naprzeciwka. Samochody stanowią zdecydowaną mniejszość, ale towarzyszy im ciągły dźwięk klaksonu. Zasad ruchu drogowego nie ma w zasadzie żadnych, oprócz jednej — pierwszeństwo ma ten, kto nadjeżdża pierwszy. Trafiliśmy na porę suchą, dzięki czemu wszystkie drogi były przejezdne, ale słońce świeciło tak niemiłosiernie, że uniemożliwiało jazdę w południe. Mocno nasłonecznieni i spoceni potrafiliśmy wypijać po kilkanaście litrów wody dziennie.
Wietnam okazał się krajem niezwykłym, a ciągnące się kilometrami zielone pola ryżowe zachwycające. Gęstość zaludnienia jest tu bardzo duża, więc sklepiki, stragany lub knajpy (nie można ich nazwać restauracjami) są dosłownie wszędzie. Jednym z ulubionych dań Wietnamczyków jest zupa pho — taka uboga wersja rosołu podawana z makaronem ryżowym. Często był to jedyny dostępny ciepły posiłek, ale dla nas, wygłodniałych i zmęczonych całodzienną jazdą, smakował wybornie. Wybraliśmy trasę bocznymi drogami i powoli przemieszczaliśmy się w kierunku Kambodży. Na czerwonych, laterytowych glebach gdzieniegdzie stały na palach bambusowe domy, w których żyli ubodzy autochtoni. Co jakiś czas mijaliśmy palące się resztki lasu tropikalnego, który już dawno został wyeksploatowany przez człowieka.
Kambodża, zniszczona przez wojnę, a potem przez reżim czerwonych Khmerów, którzy zabijali za posiadanie jakiejkolwiek własności prywatnej, to kraj ubogi. Jej mieszkańcy nie są jednak smutni ani pogrążeni w żalu czy cierpieniu. Mam wrażenie, że to w państwach zachodnich ludzie bardziej cierpią, bo tęsknią za tym, co mogliby mieć, a czego nie mają. Po kilkudniowej jeździe szutrowymi drogami w kierunku cywilizacji, wtopiliśmy się w tłum licznych turystów zwiedzających Angkor Wat. Te monumentalne kompleksy świątynne (znane m.in. z filmu „Tomb Rider”) ukazują piękno i potęgę wymarłej cywilizacji. Duże miasta Kambodży i Wietnamu, z wieżowcami, reklamami zagranicznych firm, restauracjami kuszącymi turystów, kontrastują z resztą kraju. Dla mieszkańców tamtejszych metropolii przepustką do lepszego życia jest znajomość języka angielskiego. Ostatnim etapem naszej podróży była wpisana na listę UNESCO zatoka Ha Long — miejsce pełne małych, wapiennych wysp z urokliwymi widokami i słonecznymi plażami. W tym ziemskim raju żyje ponad 300-osobowa społeczność rybacka, która wiele lat temu osiedliła się na łodziach i barkach. Tu rodzą się, żyją i umierają.
Mówi się, że podróże kształcą — ja lepiej poznałem samego siebie i nauczyłem się, że najważniejszy jest zawsze człowiek.
Dariusz Łańcucki, - student VI roku kierunku lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Dariusz Łańcucki