Minister zostaje, problemy też
Sławomir Badurek analizuje sytuację po odrzuceniu wotum nieufności wobec Bartosza Arłukowicza
Z punktu widzenia logiki zgłaszanie wotum nieufności dla ministra koalicji większościowej nie ma sensu. Bartosz Arłukowicz mógł więc spać spokojnie, po tym jak PiS zażądało w styczniu jego głowy. Podobnie posłowie PO i PSL mogli zawczasu przygotować szyderstwa pod adresem Bolesława Piechy, uzasadniającego wniosek o odwołanie szefa resortu zdrowia. W grze politycznej logika ma jednak drugorzędne znaczenie. Zgłoszenie wotum nieufności to nie tylko wskazanie oskarżycielskim palcem na konkretnego ministra, ale też skuteczny sposób na wywołanie dyskusji na temat strefy jego wpływów. Rok temu o zasygnalizowaniu braku zaufania wobec Bartosza Arłukowicza zdecydował chaos podczas wprowadzania ustawy refundacyjnej. Tym razem wnioskodawcy wskazywali na „narastający kryzys w ochronie zdrowia”.
Nie ma wątpliwości, że identyczny argument mógłby być podstawą wotum nieufności nie tylko wobec Bartosza Arłukowicza, ale każdego z jego poprzedników niemal w dowolnie wybranym momencie ich urzędowania. Ministerstwo Zdrowia to bez dwóch zdań jeden z najtrudniejszych, o ile nie najtrudniejszy z resortów. W niczym nie zmienia to jednak oceny, że Bartosz Arłukowicz jest ministrem nieudolnym, na którym nie tylko opozycja, ale również bezpartyjni eksperci nie zostawiają suchej nitki. Po bałaganie z listami refundacyjnymi z ubiegłej zimy, wiosną zaliczył poważną wpadkę z brakiem leków onkologicznych, by dopiero jesienią odkryć gigantyczne długi w podległych mu instytutach i zrzucić całą odpowiedzialność za to na ich dyrektorów. Obejmując resort, Bartosz Arłukowicz nie przedstawił żadnego planu działania. Pewien jego zarys poznaliśmy dopiero w październiku ubiegłego roku w postaci „planu pięciu kroków reorganizacji systemu świadczeń zdrowotnych”. Od tego czasu upłynęły już cztery miesiące, ale nadal nie wiadomo, jak w szczegółach będzie wyglądać wykonanie owych pięciu kroków.

Wysoki poziom ogólności to zresztą, obok zamaszystych gestów i kilku powtarzanych sformułowań rodem ze sztabowych operatywek, znak rozpoznawczy ministra. Podobnie jak niekonsekwencja. Rok temu Arłukowicz zapowiadał stworzenie konkurencji dla NFZ. Kilka miesięcy później wycofał się z tych zamiarów, zapowiadając większą samodzielność terenowych oddziałów Funduszu. Pod koniec ubiegłego roku z tej koncepcji zostało niewiele. Usłyszeliśmy natomiast o planach likwidacji centrali NFZ. Tyle że na jej miejscu ma powstać nowa instytucja, która będzie koordynować prace oddziałów. Bardzo prawdopodobne zatem, że fundamentalna w zapowiedziach zmiana w rzeczywistości okaże się ledwie kosmetyką. Podobnie jak eWUŚ albo obowiązkowe opaski z zakodowanymi personaliami dla pacjentów szpitalnych.
Zdaję sobie sprawę, że szef resortu to wykonawca woli rządu. Z drugiej strony ktoś, kto stoi na czele ministerstwa, powinien mieć ekspercką wizję zmian. Tymczasem Bartosz Arłukowicz nie miał nic do powiedzenia na temat zmian w finansowaniu ochrony zdrowia oraz poprawy dostępu do świadczeń. Podzielam stanowisko OZZL, że „podstawową przyczyną kryzysu publicznej ochrony zdrowia jest dramatyczna nierównowaga między ilością publicznych środków przeznaczanych na lecznictwo, a zakresem bezpłatnych świadczeń gwarantowanych, jakie formalnie przysługują obywatelom”. Nadal oficjalnie prawie wszystko wszystkim należy się za darmo. Piszę „prawie”, bo państwo, już dość dawno, chyłkiem wycofało się z szeroko dostępnej bezpłatnej stomatologii i leków sprzedawanych za bezcen. Można kręcić nosem na ceny w gabinetach dentystycznych, podobnie jak narzekać na drożyznę w aptekach, ale generalnie stomatologia i sektor farmaceutyczny funkcjonują bez większych zastrzeżeń. Po wprowadzeniu konkurencji dla NFZ oraz komplementarnych ubezpieczeń dodatkowych można by poprawić dostępność do usług stomatologicznych, leków, ale także porad specjalistów i procedur szpitalnych, na które dziś czeka się w coraz dłuższych kolejkach.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Sławomir Badurek