Medycyna w zadyszce
Medycyna w zadyszce
Tegoroczna wiosna nie rozpieszcza nas ani bezmiarem słonecznej aury, ani dobrymi wiadomościami o szumnie zapowiadanym przełomie organizacyjnym w ochronie zdrowia. Pacjenci nadal tkwią w kolejkach do specjalistów, rosną ceny leków, pielęgniarki i ratownicy medyczni ledwo wiążą koniec z końcem, a mit o doskonałym wykształceniu polskich lekarzy pryska wobec statystyk wyników LEK i LDEK oraz rosnącej liczby błędów popełnianych przez polskich lekarzy podczas pracy za granicą.
Lekarskie egzaminy końcowe mają już swoją legendę. Jedni uważają je za przekleństwo, inni przysiadają fałdów i dzięki dobrym wynikom sięgają po upragnione rezydentury. Jeszcze inni zadowalają się przeciętnością i miernotą. Nic dziwnego, że potem tylko 18 proc. lekarzy rozlicza się w izbie lekarskiej z uzyskanych punktów edukacyjnych. W wiosennej sesji egzaminacyjnej najmłodsi lekarze uzyskali średnio 130 punktów, a dentyści tylko 118. Prymusi odnotowali odpowiednio 177 i 167 punktów na 198 możliwych. Do zaliczenia wystarczyło magiczne 112 punktów (56 proc.). Co szósty absolwent polskich uniwersytetów medycznych (16,9 proc.) nie potrafił odpowiedzieć na połowę pytań testowych. A wśród absolwentów wydziałów anglojęzycznych tylko jeden z dziesięciu się z nimi uporał. Najlepiej wypadła uczelnia w Białymstoku, niewiele gorzej ośrodki w Warszawie, Poznaniu i Gdańsku.

Parafrazując, gdyby na tych egzaminach obowiązywały rygory egzaminu na prawo jazdy (91,8 proc. trafnych odpowiedzi), to nawet prymusi mogliby sobie najwyżej pomarzyć o prawie wykonywania zawodu. Prawdziwy dramat rozegrał się na Wydziale Wojskowo-Lekarskim Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, gdzie aż 28 proc. absolwentów oblało LEK. Wydział ten to po rozwiązaniu w 2002 roku Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi jedyne miejsce, gdzie kształceni są lekarze na potrzeby sił zbrojnych.
Według badań, 78 proc. Polaków ma zaufanie do lekarzy i ich ceni, ale już tylko co szósty rodak ufa im bezgranicznie. Pamiętajmy, że często znacznie surowiej oceniają medyków rodziny pacjentów poszkodowanych niż oni sami. W Europie Zachodniej wprowadzono metody i techniki nauczania, które w większym stopniu przygotowują przyszłych lekarzy do pracy. Jednak w większości naszych uczelni nauczanie medycyny oparte jest na podziale kształcenia na cykl przedkliniczny (realizowany w pierwszych latach studiów) oraz cykl kliniczny (w późniejszych latach). Tradycyjne metody przekazywania wiedzy ex cathedra okazują się mało atrakcyjne i w efekcie prowadzą jedynie do encyklopedycznego jej odtworzenia. Studenckie grupy kliniczne składają się z 6-7 osób. Młody asystent, obarczony często innymi obowiązkami, żeby się dwoił i troił, tak licznej grupy nie nauczy podstaw lekarskiego rzemiosła.
Limity miejsc i przyjęć na studia lekarskie ogłasza minister zdrowia. Ale w zasadzie od dziesięcioleci robi to na podstawie propozycji nadesłanych przez uniwersytety medyczne. Uczelnie zaś ustalają te limity nie tylko na podstawie swoich możliwości dydaktycznych. Coraz częściej w mniej lub bardziej zawoalowanej formie przypominają one biznesowe konsorcja, zorientowane na zysk z edukacji cudzoziemców. Nader jaskrawo widać to w kształceniu przyszłych dentystów. Krótko mówiąc, dostęp studentów do bazy dydaktycznej z roku na rok się ogranicza.
A miernota i przeciętność prowadzą nieuchronnie do błędów. Nie popełnia wprawdzie błędów ten, kto nic nie robi. Medycyna to nie matematyka. Powikłania i niepowodzenia trafiają się wszędzie, od powiatowego szpitala po najlepsze kliniki w światowych instytutach. Chodzi tylko o to, aby systematycznie je analizować i wyciągać wnioski wspólnie z najmłodszym pokoleniem lekarzy. Oni też muszą uczyć się pokory i poznawać blaski i cienie sztuki lekarskiej.
Niestety, chęć zamiatania problemów pod dywan staje się powoli standardem w polskiej medycynie. Owszem, lubimy analizować powikłania na konferencjach naukowych. Statystycznie, ale nigdy w wymiarze personalnym. Dlaczego więc personel medyczny boi się zgłaszać błędy medyczne? W obawie, że informacja przedostanie się do mediów, a stamtąd trafi do nadzoru specjalistycznego i kancelarii adwokackiej? Ze strachu przed kompromitacją czy reprymendą? Czy może dlatego, że po prostu nie ma takiego zwyczaju?
Personel medyczny jakoś z trudem przyjmuje do wiadomości, że empatia nie kończy się z chwilą wypisania pacjenta ze szpitala. Wielokrotnie podziwiałem tych lekarzy i pielęgniarki, którzy nie tylko w cztery oczy w rozmowie z pacjentem, ale i w sądzie nie zawahali się powiedzieć, jak było naprawdę. Odrazę budziła we mnie informacja, że świadomie dokonywano w dokumentacji medycznej wpisu, który potwierdzał, że nie doszło do nieprawidłowości.
Bywa jednak, że świadkowie — lekarze, pielęgniarki — kłamią jak z nut. Nie wierzę, że z obawy przed utratą pracy. Chyba bardziej ze strachu, że trzeba będzie potem zmierzyć się ze wzrokiem koleżanki z oddziału, że się jej nie kryło? Tak na wszelki wypadek, bo przecież „ja też kiedyś mogę popełnić błąd”? Pewnie nie zdają sobie sprawy, że po prostu tracą godność. Mogliby przecież chociaż „nie pamiętać”. Wiem za to, że krzywda pacjenta, który słyszy na sali sądowej oczywiste kłamstwa, jest podwójnie dotkliwa.
Niedoszły lwowski lekarz, a późniejszy satyryk i dramaturg Marian Hemar ostrzegał, że „ krzywda najbardziej boli, gdy własna. Mniej, kiedy cudza”.
Tegoroczna wiosna nie rozpieszcza nas ani bezmiarem słonecznej aury, ani dobrymi wiadomościami o szumnie zapowiadanym przełomie organizacyjnym w ochronie zdrowia. Pacjenci nadal tkwią w kolejkach do specjalistów, rosną ceny leków, pielęgniarki i ratownicy medyczni ledwo wiążą koniec z końcem, a mit o doskonałym wykształceniu polskich lekarzy pryska wobec statystyk wyników LEK i LDEK oraz rosnącej liczby błędów popełnianych przez polskich lekarzy podczas pracy za granicą.
Lekarskie egzaminy końcowe mają już swoją legendę. Jedni uważają je za przekleństwo, inni przysiadają fałdów i dzięki dobrym wynikom sięgają po upragnione rezydentury. Jeszcze inni zadowalają się przeciętnością i miernotą. Nic dziwnego, że potem tylko 18 proc. lekarzy rozlicza się w izbie lekarskiej z uzyskanych punktów edukacyjnych. W wiosennej sesji egzaminacyjnej najmłodsi lekarze uzyskali średnio 130 punktów, a dentyści tylko 118. Prymusi odnotowali odpowiednio 177 i 167 punktów na 198 możliwych. Do zaliczenia wystarczyło magiczne 112 punktów (56 proc.). Co szósty absolwent polskich uniwersytetów medycznych (16,9 proc.) nie potrafił odpowiedzieć na połowę pytań testowych. A wśród absolwentów wydziałów anglojęzycznych tylko jeden z dziesięciu się z nimi uporał. Najlepiej wypadła uczelnia w Białymstoku, niewiele gorzej ośrodki w Warszawie, Poznaniu i Gdańsku.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach