Lekarze chcą szczególnej ochrony
Lekarze mają już dosyć agresji i znieważania przez pacjentów. Będziemy dochodzić swoich praw w sądzie - zapowiadają.
Według uczestników X Krajowego Zjazdu Lekarzy, który odbył się w styczniu w Warszawie, najlepszym rozwiązaniem byłoby objęcie lekarzy ochroną przewidzianą dla funkcjonariuszy publicznych. Jeśli zostaliby znieważeni lub naruszono by ich nietykalność cielesną, prokurator wszczynałby sprawę z urzędu. Nie musieliby składać pozwów cywilnych.
Proces za zniewagę
Jan Węgrzyn, prezes zarządu i dyrektor NZOZ-u Szpital Miejski w Zabrzu Sp. z o.o. (w który przekształcił się kierowany przez niego wcześniej Szpital Rejonowy w Zabrzu) procesuje się z byłym pacjentem. W rozmowie z Pulsem Medycyny zastrzega, że nie jest lekarzem, lecz menedżerem z 9-letnim stażem pracy na stanowisku prezesa spółek handlowych oraz 10-letnim jako dyrektora szpitala.
„Do wykonywania mojego zawodu niezbędna jest wiarygodność i uczciwość, tymczasem pacjent, którego pozwałem, zarzucił mi w regionalnej telewizji, że sfałszowałem dokumentację medyczną - tłumaczy Jan Węgrzyn. - Uznałem, że jestem pełnoprawnym obywatelem tego kraju i nikt nie ma prawa bezpodstawnie nazywać mnie oszustem. Dlatego wystąpiłem do Sądu Okręgowego w Gliwicach z prywatnym pozwem o ochronę moich dóbr osobistych. Żądam przeprosin i wpłaty 2 tys. zł na rzecz domu dziecka".
Drugi pozew - o ochronę dobrego imienia firmy - złożył już nie we własnym imieniu, ale zarządu spółki. Z identycznymi roszczeniami: przeprosiny i nawiązka na dom dziecka.
Pozwany to 70-letni mężczyzna, hospitalizowany w zabrzańskiej placówce dwa lata temu z powodu zamkniętego złamania podudzia. W trakcie pobytu w szpitalu wykryto u niego gronkowca złocistego. „Z naszej dokumentacji wynika, że był jego nosicielem. Został wyleczony i wypisany z zaleceniem dalszej opieki i rehabilitacji w poradni ortopedycznej" - relacjonuje Jan Węgrzyn.
Pacjent jednak utrzymuje, że został zakażony gronkowcem w szpitalu. Złożył doniesienie do prokuratury. Zostało wszczęte śledztwo, przesłuchiwani są świadkowie. „Doniósł na mnie, na mojego zastępcę ds. medycznych, na lekarzy i pielęgniarki. Zawiadomił sanepid, izbę lekarską, ministra sprawiedliwości. Ale nie poszedł do sądu cywilnego po zadośćuczynienie i naprawę szkody. Chciał od nas 100 tys. zł odszkodowania, a kiedy mu odmówiliśmy - zgłosił się do naszego ubezpieczyciela. PZU nie znalazło żadnych podstaw, by wypłacić mu choćby częściową rekompensatę" - mówi dyrektor zabrzańskiego szpitala. Na pierwszą rozprawę, 2 lutego br., pozwany się nie stawił. Dostarczył zwolnienie lekarskie.
Przeciwko agresji pacjentów
Piotr Wojtaś jest dyrektorem SP ZOZ-u w 5-tysięcznej gminie Bychawa na Lubelszczyźnie i jak mówi „nadal praktykującym lekarzem". Wie, jak agresywni potrafią być pacjenci, bo sam również został kilka lat temu pobity przez ofiarę wypadku w trakcie udzielania jej pomocy medycznej. „Jako lekarz karetki nie jestem funkcjonariuszem publicznym, dlatego mogłem dochodzić swoich praw tylko na drodze cywilnej" - wspomina.
Wtedy poprzestał na złożeniu doniesienia do prokuratury. Nie poszedł do sądu. Ale jako dyrektor szpitala postanowił walczyć o dobre imię placówki i swoich podwładnych. Powodem były oskarżenia ze strony rodziny po śmierci 98-letniej pacjentki Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego, działającego od 2 lat w strukturze ZOZ-u.
„Ta starsza pani przebywała u nas trzy tygodnie. Przywieziono ją z prywatnego domu opieki. Została przyjęta z wagą 38 kg, nie było z nią żadnego kontaktu. Tymczasem jej wnuczka, choć odwiedziła ją dopiero dzień przed śmiercią, utrzymywała, że staruszka chodziła o własnych siłach, mówiła i samodzielnie jadła - relacjonuje Piotr Wojtaś. - Publicznie zarzuciła nam, że wyziębiliśmy jej babcię i jej nie czesaliśmy. Lekarzy i pielęgniarki wyzwała od morderców, a do pacjentów krzyczała, żeby uciekali, bo zostaną tu wymordowani".
Być może dyr. Wojtaś nie złożyłby pozwu przeciwko tej kobiecie, bo rozumie, że pod wpływem emocji mówi się różne rzeczy. Ale ona nie dość, że nie przeprosiła za swoje zachowanie, to na dodatek odgrażała się, że szpitalowi nie ujdzie to płazem, bo ona ma wykształcenie prawnicze i jest w trakcie aplikacji sędziowskiej. „Straszyła nas telewizją, organem założycielskim, prokuraturą. Powiedziała, że nas załatwi" - mówi dyr. Wojtaś.
Na przełomie października i listopada 2009 r., kilka tygodni po zajściu, SP ZOZ w Bychawie złożył przeciwko niej pozew cywilny o naruszenie dóbr osobistych zakładu i personelu medycznego. Domaga się przeprosin w mediach i wpłacenia 20 tys. zł nawiązki na rzecz Lubelskiego Hospicjum dla Dzieci im. Małego Księcia.
Proces już się rozpoczął. Kiedy okazało się, że pozwana jest bezrobotną, samotnie wychowującą dziecko matką, dyr. Wojtaś był skłonny zawrzeć z nią ugodę - jeśli zamieści przeprosiny chociaż w jednej lokalnej gazecie. Ale ona przyszła na rozprawę z adwokatem i w całości odrzuciła pozew.
„W takiej sytuacji nie mogę już zatrzymać tej machiny, chociażby ze względu na innych. Żeby wiedzieli, że nie można tak oskarżać bez żadnych podstaw" - podsumowuje dyrektor bychawskiego ZOZ-u.
(...)
Czytaj również:
W zgodzie z etyką - komentarz prof. Jacka Hołówki, etyka z Uniwersytetu Warszawskiego
Cały artykuł na ten temat znajduje się w Pulsie Medycyny nr 3 (206) z dnia 24 lutego 2010 roku.
AKTUALNA OFERTA PRENUMERATY PULSU MEDYCYNY
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Mariola Marklowska-Dzierżak, Jolanta Grzelak-Hodor, Ewa Szarkowska