Jeden dzień z ... Iloną Rosiek-Konieczną
Pracowała anonimowo aż do czasu, gdy cała Polska poznała ją jako „doktor Janosikową". Karierę medialną zawdzięcza małopolskiemu NFZ, który oskarżył ją o wypisanie jeszcze za czasów kasy chorych darmowych recept na kwotę ponad 100 tys. zł. Nie zarobiła ani złotówki - leki przepisywała bezdomnym i najuboższym. Po głośnym procesie sąd umorzył postępowanie, uznając szlachetność pobudek emerytowanej już dziś lekarki. Wróciła do codzienności - jej życie jest takie, jakie było zanim stanęła w świetle reflektorów. Pomaga najuboższym, prowadząc w Krakowie razem z mężem Jerzym chrześcijański hostel dla bezdomnych „Dom Łazarza", gdzie ich leczy, ale przede wszystkim pomaga im wyjść z uzależnień i bezradności. Z nimi spędza każdy dzień.
6.20 Muszę wstać. Nasza suczka Fajka domaga się spaceru. Zestarzała się, kiedyś budziła mnie już przed 5 rano.
6.40 Dziś ładna pogoda, spacer będzie dłuższy. Na emeryturze jestem od 5 lat. Wreszcie nie muszę się spieszyć, nic mnie nie goni.
7.00 Obserwuję idących do pracy. Podenerwowani już od świtu. Ja też kiedyś tak goniłam - mnóstwo pracy, ale w portfelu pusto. Ostatniej pensji miałam 900 zł, na rękę dostawałam mniej. Emeryturę mam wyższą, więc czuję się komfortowo. Nigdy nie zależało mi na pieniądzach. Nawet w prywatnym gabinecie nie potrafiłam zarobić, bo często leczyłam za darmo. Wyłącznie dzięki pomocy rodziny córka nie zaznała biedy. Kariera zawodowa? Robiłam to, co kochałam.
8.00 Jurek już pojechał do hostelu. To on zajmuje się organizacją, biurokracją, zaopatrzeniem. Ja mam teraz czas dla siebie. Muszę się przygotować do popołudniowych zajęć - do pracy duchowej z naszymi uzależnionymi podopiecznymi. Realizujemy chrześcijański program Misji Nowej Nadziei. To właściwie te same zasady, jakie obowiązują w programie 12 kroków w klubach AA, tyle że przeniesione na grunt chrześcijański.
9.00 Wszyscy wiedzą, że przed południem jestem w domu, więc codziennie ktoś mnie odwiedza. Wczoraj była moja dawna pacjentk z przychodni w spółdzielni inwalidów, gdzie pracowałam wiele lat. Chciała się upewnić, czy jej nowy lekarz dobrze leczy.
11.00 Dzisiaj muszę wyjść z domu trochę wcześniej - trzeba uporządkować leki, które dostaliśmy z Apteki Darów. Podczas procesu prokurator mówił, że moja praca nie jest potrzebna, bo mamy system pomocy społecznej. Ale ten system nie zawsze działa. Ludzie miesiącami pozostają bez środków do życia. Zresztą wielu bezdomnych nie chce oficjalnego wsparcia, nawet ukrywają swoją tożsamość. Gdyby nie pomoc charytatywna, nie przeżyliby.
11.15 Zabieram Fajkę i idziemy do pracy. Od sierpnia Dom Łazarza ma nową siedzibę - wynajęliśmy budynek od Agencji Mienia Wojskowego. Wcześniej Fajka musiała zostawać w mieszkaniu.
11.30 Czeka kilku chorych. Na szczęście nic poważnego, ale bez pomocy na pewno by im się pogorszyło. Przecież nie wszyscy w tym kraju mają ubezpieczenie zdrowotne. Nie mogę wypisywać recept ani kierować na badania, lecz lekarzem będę do końca życia, więc leczę tym, co dostanę z darów. Nawet zwykła aspiryna może uratować życie. Wypisując kiedyś te darmowe recepty nie myślałam, że robię coś złego - chciałam tylko pomóc. Orzeczenie sądu było zwycięstwem etyki lekarskiej i cierpiącego człowieka. Człowiek jest ważniejszy od przepisów.
14.00 Jurek woła na obiad. Jadamy z naszymi podopiecznymi, codziennie na gorący posiłek przychodzą też ludzie z zewnątrz. Prosimy, by wszyscy byli trzeźwi, i oni to respektują. Jurek ponagla, bo zupa stygnie. Mój Jurek... Dziękuję Bogu za nasze spotkanie. Przeżywałam kryzys. Po kilku latach pomocy bezdomnym wpadłam w pułapkę. W naszym domu ciągle był tłum obcych, ponosiłam kolejne porażki, bo ci, którym pomogłam, wracali do dawnego życia. Córka zaczęła mieć pretensje, że zamieniłam dom w przytulisko. Właśnie wtedy spotkałam Jurka, człowieka, który - sam po przejściach - wiedział, jak pomagać i z czyją pomocą zorganizować to wszystko na nowo. W 2000 roku założyliśmy Stowarzyszenie Dobroczynne „Betlejem", w 2001 - hostel.
15.00 Jurek poszedł do domu, zajmie się pisaniem wniosków o granty i dotacje. Wróci pod wieczór. Muszę zobaczyć, co u Ryśka na górze. Mamy w hostelu dwóch mężczyzn po udarach mózgu, kilku z przewlekłymi schorzeniami, stanem zapalnym kości po niewyleczonym złamaniu. Chłopcy opiekują się chorymi wspaniale, ale lekarz również musi nad nimi czuwać. Jestem też dla nich trochę jak mama.
16.00 Zaczynam pierwsze spotkanie ewangelizacyjne. Pracujemy indywidualnie i w grupach. Oboje z Jurkiem skończyliśmy specjalne kursy i cały czas się dokształcamy. Dziś jestem bardziej lekarzem duszy niż ciała. Jak można nie widzieć w każdym człowieka, nawet jeśli jest brudny i zawszony. Na naszej wizytówce umieściliśmy zdjęcie starego mężczyzny. Zapisał synowi gospodarstwo, potem rodzina wyrzuciła go z domu. Nie miał łatwego charakteru, pił. Odrzucili go wszyscy. Trafił do nas, dostał też skierowanie do domu pomocy społecznej. Nie doczeka przeprowadzki - umiera na raka w hospicjum. Jednak dzięki otrzymanej tu pomocy wielu stanęło na nogi - wyleczyli się z nałogów, znaleźli pracę, wyprowadzili się i już nikt nie patrzy na nich z obrzydzeniem.
20.30 Wracamy z Jurkiem do domu. Pojedziemy jeszcze na basen. Potem przez Skype'a porozmawiamy z moją córką, która mieszka w USA. Córka Jurka mieszka w Norwegii, syn w Warszawie. Wnusie Jurka - Emma i Martynka, to nasze skarby, uwielbiamy je. Na co dzień żyjemy dla innych. I mamy bardzo szczęśliwe życie.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Notowała Jolanta Grzelak-Hodor; Zdjęcie Marcin Gimiński