Jeden dzień z... Alicją Szewczyk-Żołędowską

Notowała Beata Kołakowska
opublikowano: 23-11-2011, 00:00

Na co dzień pracuje w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSWiA w Warszawie. Poza tym zajmuje się medycyną podróży oraz medycyną estetyczną i anti-aging. Sama od 16 lat uprawia tai chi i regularnie bierze udział w zawodach. Swoją pasję do chińskich sztuk walki przekazuje synom: 5-letniemu Mateuszowi i 7-letniemu Wojtkowi.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
6.00
Budzik nie daje za wygraną. Muszę wstać, a tak mi się nie chce.

6.55
Wychodzę z domu. Dzieci do szkoły i przedszkola dziś odprowadzi inny domownik.

7.30
Jestem już na oddziale i zaczynam „ósemkę”. Najpierw przejęcie pacjentów od kolegów, którzy dyżurowali w nocy. U pacjentów w trakcie diagnostyki muszę dokończyć niezbędne badania.

8.00
Zaczyna się ruch. Koleżanki z rejestracji przysyłają nam kolejnych chorych. Część pacjentów trafi na odpowiednie oddziały, inni, po udzieleniu im pomocy, zostaną odesłani do domu. Mnie przypada trzydziestokilkuletni mężczyzna z raną głowy. Po opatrzeniu rany proszę, by czekał, aż zwolni się miejsce na oddziale.

8.50
Wezwanie do kolejnego pacjenta. Okazuje się, że to jeszcze jedna osoba, która zamiast zapisać się na wizytę do lekarza pierwszego kontaktu, przyszła do nas. Pacjenci traktują nas jak przychodnię, a SOR ma przecież życie ratować!

9.30
Następni pacjenci to chińscy turyści. Jest okazja „przećwiczyć” kilka słów, które poznałam, zdobywając w Chinach kolejne stopnie nauczycielskie do prowadzenia zajęć z tai chi. Kiedyś na pewno nauczę się języka Kraju Środka…

12.25
Przywieziono dwa „ostre” stany. Natychmiast przestajemy się zajmować „żółtymi” i „zielonymi” chorymi (tak dzielimy pacjentów SOR-u dla usprawnienia pracy). Teraz najważniejsi są „czerwoni”, czyli pacjenci, których życie jest zagrożone.

14.00
Od kilku minut panuje spokój, mogę więc wypić kawę w pokoju lekarskim. Chcę chwilę posiedzieć, bo oddział ratunkowy to ciągła praca na stojąco. Tu mogę też poplotkować z koleżankami — to taka nasza odskocznia.

15.30
Koniec na dziś. Koleżanki śmieją się, że Szewczyk znowu tyle kart pozakładała. Wychodzę ze szpitala. W tym momencie dzwoni telefon. To pacjentka, która chce się poradzić w zakresie medycyny estetycznej. Umawiam się z nią na czwartek po południu w wynajmowanym gabinecie.

16.00
Po drodze do domu odbieram dzieci ze szkoły i przedszkola. Jestem głodna. Jemy obiad, a potem wspólnie odrabiamy lekcje. Dziś chłopcy pójdą ze mną na trening. Cieszą się, bo wszystkie „ciocie” będą ich tam rozpieszczać.

18.15
Ledwo zdążyliśmy. Szybko przebieram się w szatni i idziemy do sali gimnastycznej. Ja rozciągam ciało, a chłopcy walczą plastikowymi mieczami.

18.35
Zbiórka na środku sali. Po powitaniu nasz nauczyciel — a mój brat — wyznacza osobę do poprowadzenia rozgrzewki. Potem masaż parami i właściwy trening. Robimy formy w stylu Yang. Sama chcę jeszcze doszlifować szybką formę Chen z mieczem.

20.00
Koniec zajęć. Czuję się wypoczęta. Tai chi jest odskocznią od pracy, pośpiechu, obowiązków — to półtorej godziny spokoju. Jakiś czas temu zauważyłam, że medycyna anti-aging i tai chi są ze sobą powiązane. Wydaje mi się fascynujące, że obie te „aktywności” dają szansę na długie życie z zachowaniem sił witalnych i równowagi psychicznej.

22.00
Od ponad godziny jesteśmy w domu. Wykąpałam dzieci i położyłam do łóżek. Poczytaliśmy i na szczęście szybko udało mi się chłopców „utłamsić” (to takie moje słówko). Teraz mam chwilę dla siebie. Sprawdzam skrzynkę mailową. Nie otwierałam jej od tygodnia, czas więc najwyższy odpisać przyjaciołom. Zamykając komputer, spoglądam na szalik, który robię na szydełku — w sobotę koniecznie muszę go dokończyć…

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Notowała Beata Kołakowska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.