Jak pediatra z pediatrą
Jak pediatra z pediatrą
Ostrzej, ale bez skalpela: felieton Marka Stankiewicza z "Pulsu Medycyny" nr 14, 8 października 2014.
„Kilka tygodni temu przedstawił bardzo ważny plan dla Polaków, tych Polaków chorych na najcięższą chorobę, na raka. Dzisiaj ci pacjenci czekają na szybkie działania ministra zdrowia” — uzasadniała nominację Bartosza Arłukowicza premier Ewa Kopacz.
Nie od zawsze relacje między nimi były tak ciepłe jak pediatry z pediatrą. „Ewa Kopacz jest największym problemem rządu Tuska. Jak kiepski anestezjolog, wciąż znieczula i usypia, a wszyscy wiedzą, że długotrwałe znieczulenie jest groźne dla zdrowia i życia” — grzmiał Arłukowicz po pierwszych stu dniach urzędowania Ewy Kopacz na ul. Miodowej. „Wydmuszka i pustka” — to jego zwięzła recenzja pierwszego wystąpienia sejmowego dzisiejszej pani premier. Ale kto się czubi, ten się lubi.
Każdy nowy minister liczy na swoje zbójeckie prawo do stu dni spokoju. Sęk w tym, że on ma za sobą w rządzie ponad tysiąc dni, a jego dokonania wciąż nie imponują: nieudolne wprowadzanie ustawy refundacyjnej, zlekceważenie dialogu społecznego, produkcja świadczeń, a nie zaspokajanie potrzeb zdrowotnych... Wszechwładny NFZ, jak udzielny książę, nadal po swojemu trzyma w ryzach polską medycynę. To tylko inwokacja do książki życzeń i zażaleń opozycji. „Oni będą mnie zawsze krytykować. A ja się znam na tej pracy” — odpowiadał na zarzuty w telewizyjnym programie „Piaskiem po oczach” Bartosz Arłukowicz.
Pediatra, celebryta, poseł, minister. Burze i polityczne oberwania chmury, podsłuchy i towarzyskie skandale w knajpach omijają go bezpiecznym łukiem. Nie zaszkodziły mu kłopoty z kolejkami, które właściwie nie drgnęły od czasu złożenia obietnicy o ich skróceniu. Słowem, „dziecko szczęścia”. Lekarskie rzemiosło już prawie go nie bawi. Nie grozi mu powrót do gabinetu lekarskiego i przybijanie na receptach wiadomej pieczątki, odsyłającej pacjenta i jego refundację do decyzji NFZ.
Zwyciężał w telewizyjnym reality show „Agent”, cieszył się z Orderu Uśmiechu, aż za sprawą SLD trafił do parlamentu. Młody, elegancki, wygadany, pewny siebie, z początku nie wadził nikomu. Do poselskiej ekstraklasy wprowadziła go komisja śledcza badająca tzw. aferę hazardową. Zapowiadał się świetnie — budził sympatię zwykłych ludzi, polityków i dziennikarzy. Wydawał się mieć poglądy, kręgosłup i charyzmę. Zastanawiano się wówczas, dlaczego jeszcze nie zastąpił plastikowego Napieralskiego. Uwielbiał kamery i światła reflektorów, które sokolim okiem wypatrywał w parlamentarnych obejściach. Próbował sił jako felietonista „Wprost”. Towarzyski aż do bólu — mawiają starzy kumple ze Szczecina. Sam mówi, że ma przyjaciół w Sejmie wywodzących się z różnych opcji politycznych. „Z Jackiem Kurskim mogę razem na scenie na dwie gitary zagrać” — chwalił się w zimie 2010 roku w wywiadzie dla portalu Onet.
Nagle zmienił polityczne barwy. To był najgłośniejszy polityczny transfer przed wyborami w 2011 roku. Opłaciło się, bo jako kandydat PO zdobył w Szczecinie ponad sto tysięcy głosów. Niejednemu opadła szczęka. Arłukowicz stał się wizerunkowym skarbem dla Platformy. Donald Tusk umiał grać uciekinierami z konkurencji. W „dziecku szczęścia” upatrywał szansy wzmocnienia popularności PO w elektoracie lewicowo-liberalnym. W wyścigu po tekę ministra zdrowia zdystansował wtedy nawet Jakuba Szulca i Andrzeja Włodarczyka, którzy cieszyli się poparciem ustępującej minister zdrowia Ewy Kopacz i szansą na sukcesję po niej.
Na ul. Miodową wkroczył tryskając energią. W sejmowej Komisji Zdrowia mówił z wiarą w swoje słowa i charakterystyczną dla niego sztuczną emfazą. Przemawiał prawie jak nieodżałowany prof. Zbigniew Religa. Nawet garbił się w charakterystyczny dla niego sposób. Niebawem przetrwał kryzys receptowo-pieczątkowy, kokietując prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej, którego wówczas ograł przed kamerami jak początkującego juniora. Jak po kaczce spłynęło po nim gromkie buczenie, tupanie i gwizdy lekarzy na izbowym zjeździe w lutym 2012 roku, z którego wymknął się bez pożegnania, kiedy Maciej Hamankiewicz próbował wyjaśnić to zamieszanie.
Asertywność to nie cecha, to niezwykły gen „dziecka szczęścia”. „Trzeba mieć coś z rycerza w sobie, żeby stanąć po stronie pacjentów, a nie koncernów farmaceutycznych” — puszył się po odrzuceniu kolejnego wniosku o wotum nieufności w styczniu 2014 r. Zdaniem dawnych kolegów z SLD, doprowadził do tego, że „nie pacjent jest najważniejszy, ale trzy P: pieniądze, punkty i procedury”.
Od minionej wiosny „dziecko szczęścia” niestrudzenie pisze swoją epopeję antykolejkową, która błądzi niczym mgławica wśród pacjentów poszukujących ostatniej deski ratunku. Nikt lepiej od niego nie zna zawiłości tego dzieła. I chyba nikt już lepiej ich nie pozna, bo nawet luminarze naukowych towarzystw onkologicznych i medycyny rodzinnej zgodnym chórem ostrzegają, że bez poważnego zastrzyku finansowego ta nadzieja nigdy nie stanie się ciałem.
Bartosz Arłukowicz nie chce o tym rozmawiać z izbą lekarską. Do lekarzy przemawia za pomocą mediów lub niczym Witkacy pisze górnolotne listy otwarte „Do przyjaciół lekarzy”, w których wypomina im „brak otwartości, bagatelizowanie i ukrywanie problemów, nie mówiąc już o ich tuszowaniu uniemożliwiającym wykrycie i eliminację ich źródeł oraz, znalezienie skutecznych rozwiązań”.
Czy Arłukowicz może spać i pracować spokojnie? Na stanowisku ministra zdrowia jest od trzech lat. Nabrał doświadczenia i… ciała. To już nie jakiś tam polityczny młokos z niewyparzonym językiem, ale stateczny dżentelmen w coraz bardziej przyciasnej marynarce. Na szczęście pani premier jako lekarz doskonale zna i czuje potrzeby ludzi chorych w Polsce. Ty razem minister zdrowia będzie miał nad sobą znacznie czujniejszego szefa.

Ostrzej, ale bez skalpela: felieton Marka Stankiewicza z "Pulsu Medycyny" nr 14, 8 października 2014.
„Kilka tygodni temu przedstawił bardzo ważny plan dla Polaków, tych Polaków chorych na najcięższą chorobę, na raka. Dzisiaj ci pacjenci czekają na szybkie działania ministra zdrowia” — uzasadniała nominację Bartosza Arłukowicza premier Ewa Kopacz.Nie od zawsze relacje między nimi były tak ciepłe jak pediatry z pediatrą. „Ewa Kopacz jest największym problemem rządu Tuska. Jak kiepski anestezjolog, wciąż znieczula i usypia, a wszyscy wiedzą, że długotrwałe znieczulenie jest groźne dla zdrowia i życia” — grzmiał Arłukowicz po pierwszych stu dniach urzędowania Ewy Kopacz na ul. Miodowej. „Wydmuszka i pustka” — to jego zwięzła recenzja pierwszego wystąpienia sejmowego dzisiejszej pani premier. Ale kto się czubi, ten się lubi.Każdy nowy minister liczy na swoje zbójeckie prawo do stu dni spokoju. Sęk w tym, że on ma za sobą w rządzie ponad tysiąc dni, a jego dokonania wciąż nie imponują: nieudolne wprowadzanie ustawy refundacyjnej, zlekceważenie dialogu społecznego, produkcja świadczeń, a nie zaspokajanie potrzeb zdrowotnych... Wszechwładny NFZ, jak udzielny książę, nadal po swojemu trzyma w ryzach polską medycynę. To tylko inwokacja do książki życzeń i zażaleń opozycji. „Oni będą mnie zawsze krytykować. A ja się znam na tej pracy” — odpowiadał na zarzuty w telewizyjnym programie „Piaskiem po oczach” Bartosz Arłukowicz. Pediatra, celebryta, poseł, minister. Burze i polityczne oberwania chmury, podsłuchy i towarzyskie skandale w knajpach omijają go bezpiecznym łukiem. Nie zaszkodziły mu kłopoty z kolejkami, które właściwie nie drgnęły od czasu złożenia obietnicy o ich skróceniu. Słowem, „dziecko szczęścia”. Lekarskie rzemiosło już prawie go nie bawi. Nie grozi mu powrót do gabinetu lekarskiego i przybijanie na receptach wiadomej pieczątki, odsyłającej pacjenta i jego refundację do decyzji NFZ.Zwyciężał w telewizyjnym reality show „Agent”, cieszył się z Orderu Uśmiechu, aż za sprawą SLD trafił do parlamentu. Młody, elegancki, wygadany, pewny siebie, z początku nie wadził nikomu. Do poselskiej ekstraklasy wprowadziła go komisja śledcza badająca tzw. aferę hazardową. Zapowiadał się świetnie — budził sympatię zwykłych ludzi, polityków i dziennikarzy. Wydawał się mieć poglądy, kręgosłup i charyzmę. Zastanawiano się wówczas, dlaczego jeszcze nie zastąpił plastikowego Napieralskiego. Uwielbiał kamery i światła reflektorów, które sokolim okiem wypatrywał w parlamentarnych obejściach. Próbował sił jako felietonista „Wprost”. Towarzyski aż do bólu — mawiają starzy kumple ze Szczecina. Sam mówi, że ma przyjaciół w Sejmie wywodzących się z różnych opcji politycznych. „Z Jackiem Kurskim mogę razem na scenie na dwie gitary zagrać” — chwalił się w zimie 2010 roku w wywiadzie dla portalu Onet. Nagle zmienił polityczne barwy. To był najgłośniejszy polityczny transfer przed wyborami w 2011 roku. Opłaciło się, bo jako kandydat PO zdobył w Szczecinie ponad sto tysięcy głosów. Niejednemu opadła szczęka. Arłukowicz stał się wizerunkowym skarbem dla Platformy. Donald Tusk umiał grać uciekinierami z konkurencji. W „dziecku szczęścia” upatrywał szansy wzmocnienia popularności PO w elektoracie lewicowo-liberalnym. W wyścigu po tekę ministra zdrowia zdystansował wtedy nawet Jakuba Szulca i Andrzeja Włodarczyka, którzy cieszyli się poparciem ustępującej minister zdrowia Ewy Kopacz i szansą na sukcesję po niej.Na ul. Miodową wkroczył tryskając energią. W sejmowej Komisji Zdrowia mówił z wiarą w swoje słowa i charakterystyczną dla niego sztuczną emfazą. Przemawiał prawie jak nieodżałowany prof. Zbigniew Religa. Nawet garbił się w charakterystyczny dla niego sposób. Niebawem przetrwał kryzys receptowo-pieczątkowy, kokietując prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej, którego wówczas ograł przed kamerami jak początkującego juniora. Jak po kaczce spłynęło po nim gromkie buczenie, tupanie i gwizdy lekarzy na izbowym zjeździe w lutym 2012 roku, z którego wymknął się bez pożegnania, kiedy Maciej Hamankiewicz próbował wyjaśnić to zamieszanie.Asertywność to nie cecha, to niezwykły gen „dziecka szczęścia”. „Trzeba mieć coś z rycerza w sobie, żeby stanąć po stronie pacjentów, a nie koncernów farmaceutycznych” — puszył się po odrzuceniu kolejnego wniosku o wotum nieufności w styczniu 2014 r. Zdaniem dawnych kolegów z SLD, doprowadził do tego, że „nie pacjent jest najważniejszy, ale trzy P: pieniądze, punkty i procedury”.Od minionej wiosny „dziecko szczęścia” niestrudzenie pisze swoją epopeję antykolejkową, która błądzi niczym mgławica wśród pacjentów poszukujących ostatniej deski ratunku. Nikt lepiej od niego nie zna zawiłości tego dzieła. I chyba nikt już lepiej ich nie pozna, bo nawet luminarze naukowych towarzystw onkologicznych i medycyny rodzinnej zgodnym chórem ostrzegają, że bez poważnego zastrzyku finansowego ta nadzieja nigdy nie stanie się ciałem. Bartosz Arłukowicz nie chce o tym rozmawiać z izbą lekarską. Do lekarzy przemawia za pomocą mediów lub niczym Witkacy pisze górnolotne listy otwarte „Do przyjaciół lekarzy”, w których wypomina im „brak otwartości, bagatelizowanie i ukrywanie problemów, nie mówiąc już o ich tuszowaniu uniemożliwiającym wykrycie i eliminację ich źródeł oraz, znalezienie skutecznych rozwiązań”. Czy Arłukowicz może spać i pracować spokojnie? Na stanowisku ministra zdrowia jest od trzech lat. Nabrał doświadczenia i… ciała. To już nie jakiś tam polityczny młokos z niewyparzonym językiem, ale stateczny dżentelmen w coraz bardziej przyciasnej marynarce. Na szczęście pani premier jako lekarz doskonale zna i czuje potrzeby ludzi chorych w Polsce. Ty razem minister zdrowia będzie miał nad sobą znacznie czujniejszego szefa.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach