Dr Dzieciątkowski: wirusy powodujące gorączki krwotoczne występują także w Polsce

opublikowano: 21-02-2023, 08:27

O hantawirusach, które co kilka lat wywołują pojedyncze przypadki zakażeń w Polsce, a także innych patogenach, w tym wirusie Marburg odpowiedzialnym za gorączki krwotoczne, rozmawiamy z dr. hab. n. med. Tomaszem Dzieciątkowskim, wirusologiem z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Objawy gorączek krwotocznych są tak charakterystyczne, a przebieg choroby szybki i dramatyczny, że ogniska epidemiczne mają zazwyczaj samoograniczający się przebieg - mówi dr Tomasz Dzieciątkowski.
Objawy gorączek krwotocznych są tak charakterystyczne, a przebieg choroby szybki i dramatyczny, że ogniska epidemiczne mają zazwyczaj samoograniczający się przebieg - mówi dr Tomasz Dzieciątkowski.
Fot. Archiwum

Puls Medycyny: Za sprawą przypadków zakażeń wywołanych przez wirus Marburg w Gwinei Równikowej świat przypomniał sobie o gorączkach krwotocznych. Kiedy w ogóle zaczęto interesować się tym problemem?

Dr hab. n. med. Tomasz Dzieciątkowski: W latach 60. i 70. XX wieku. Wtedy miała miejsce seria wykrycia trzech najważniejszych wirusów, które wywołują gorączki krwotoczne. Pierwsza izolacja wirusa Marburg nastąpiła w 1967 r. w laboratorium uniwersyteckim mieszczącym się właśnie w Marburgu, na terenie dawnego RFN. W trakcie prowadzonych tam prac naukowych miało miejsce 25 zakażeń pierwotnych i sześć przypadków wtórnych zakażeń od chorych ludzi; zmarło wówczas siedem osób. W efekcie w 1968 r. zaczęto klasyfikować laboratoria ze względu na stopień zagrożenia wirusologicznego. Te, które zajmują się wirusami powodującymi gorączki krwotoczne, muszą mieć najwyższy, IV stopień zabezpieczeń.

W kolejnych latach wyizolowano wirus Lassa, a w 1976 r. – Ebolę. Ten trzeci wirus jest chyba najbardziej kojarzony w powszechnej świadomości za sprawą hollywoodzkich filmów, jak np. „Epidemia”. Rezerwuarem wymienionych patogenów są nietoperze albo gryzonie. Gorączki krwotoczne występują przede wszystkim w krajach afrykańskich, ale nie tylko. Przykładowo w ubiegłym roku było głośno o trzech przypadkach zakażeń wywołanych przez wirusa Lassa na terenie Wielkiej Brytanii. Z kolei przypadki krymsko-kongijskiej gorączki krwotocznej, która jest przenoszona przez kleszcze (od razu zastrzegam, że przez gatunek, który nie występuje w Polsce), miały miejsce w Hiszpanii, na Bałkanach czy w Turcji. Niemniej w przypadku tej choroby śmiertelność jest niższa w porównaniu np. do Eboli, bo wynosi od kilku do kilkunastu procent. Gdy mamy do czynienia z Ebolą czy w zakażeniu wywołanym przez wirus Marbrug, ten odsetek sięga nawet 85-90 proc.

Na koniec wspomnę jeszcze o hantawirusach, które mogą wywołać gorączkę krwotoczną z zespołem nerkowym. Mówię o tych wirusach dlatego, że takie warianty jak Puumala, Saremaa oraz Dobrava/Belgrad występują na Bałkanach, Finlandii, a także endemicznie również w Polsce, gdzie co kilka lat notowane są pojedyncze przypadki zakażeń. Rezerwuarem hantawirusów są gryzonie, a do zakażenia może dojść poprzez wdychanie powietrza skażonego ich odchodami.

Sięgam pamięcią do przywołanego przez pana filmu „Epidemia” i włos się jeży na głowie na wspomnienie, w jak dramatyczny sposób przedstawiono przebieg gorączki krwotocznej. Rzeczywistość bardzo odbiega od filmowej kreacji?

W przypadku gorączek krwotocznych czas inkubacji wirusa wynosi od 2 do 14 dni, a początek choroby przebiega z objawami grypopodobnymi i gorączką. Potem dochodzi do masywnych krwawień z przewodu pokarmowego, wykrzepiania wewnątrznaczyniowego, chory ma widoczne wybroczyny na skórze. Rokowanie jest bardzo poważne, bo w przypadku najbardziej zjadliwej Eboli umiera nawet 9 na 10 zakażonych. Podobnie wysoka śmiertelność dotyczy zakażeń, za które odpowiada wirus Marburg. Objawy są tak dramatyczne i na tyle charakterystyczne, że ogniska zakażeń wykrywane są dość szybko. Przez długi czas ogniska Eboli ograniczały się do jednej, góra kilku wiosek, które otaczano kordonem sanitarnym i w ten sposób zatrzymywano rozprzestrzenianie się choroby. Wszystko zmieniło się w 2013 roku.

Co się wówczas wydarzyło?

Ebola dotarła do miast zachodniej Afryki w trzech krajach: Sierra Leone, Liberii oraz Gwinei. Wcześniej liczba przepadków w obrębie jednego ogniska epidemicznego nie przekraczała zwykle 200 przypadków, w latach 2013-2014 szła już w tysiące. Walkę z rozprzestrzeniającą się chorobą utrudniał słaby dostęp do pomocy medycznej, ogromne przeludnienie, niskie standardy higieniczne i powszechna bieda, ale także zwyczaje, bo bliscy zmarłych nie chcieli słyszeć o kremacji zwłok czy spaleniu koców czy prześcieradeł, którymi pacjent był okrywany. Ebola urosła do rangi poważnego zagrożenia i zaczęto szukać celowanych leków i pracować nad szczepionką. Pierwszym lekiem, który wtedy okazał się skuteczny, był remdesivir. Ten sam, który znalazł zastosowanie w przypadku pacjentów z ciężkim przebiegiem COVID-19. W przypadku Eboli miał wysoką skuteczność, jeżeli podało się go w początkowej fazie choroby, gdyż hamował replikacje wirusa. Poważnym ograniczeniem był jednak fakt, że jest on podawany w postaci dożylnej. Opracowano także szczepionkę wektorową, niemniej badania kliniczne zostały przerwane, gdyż ognisko zakażeń wygasło. Jest ona jednak wciąż “w odwodzie”.

Pamiętam, że w czasie epidemii Eboli w latach 2013-2014 odnotowano pierwszy przypadek tej choroby w Europie.

Nie do końca. Nie doszło wówczas do zawleczenia Eboli do Europy, tylko władze Hiszpanii zdecydowały o transporcie do swojego kraju zakażonej pielęgniarki. Miano nadzieję, że być może w nowoczesnym szpitalu, mając do dyspozycji wszelkie dostępne leki, uda jej się uratować życie. Niestety pacjentka zmarła.

Wirusy, o których rozmawiamy mogą stanowić globalne zagrożenie?

Obecnie raczej nie. Jak mówiłem wcześniej, objawy gorączek krwotocznych są tak charakterystyczne, a choroba tak szybka i dramatyczna, że ogniska epidemiczne mają zazwyczaj samoograniczający się przebieg. To sytuacja, która nie sprzyja także ewentualnym mutacjom czy rekombinacjom, a więc łączeniu się dwóch różnych wirusów.

Zatem ryzyko zakażenia występuje tylko wówczas, gdy podróżujemy do miejsc, które są rezerwuarem tych wirusów? Czy na takiej mapie są popularne kierunki wakacyjne?

Ebola występuje przede wszystkim w Afryce subrównikowej, południowym Sudanie, Kongo, Gwinei. Z kolei obszar typowy dla wirusa Lassa to zachodnia Afryka. Występuje on tam endemicznie i co roku notuje się w sumie do kilku tysięcy przypadków. Pojedyncze zachorowania wykrywane są we Francji i Wielkiej Brytanii u osób, które podróżowały w miejsca będące dawnymi brytyjskimi i francuskimi koloniami. Natomiast świadomość tego zagrożenia przełożyła się na dobry nadzór epidemiczny. Z kolei gorączka krymsko-kongijska występuje w basenie Morza Czarnego, Hiszpanii, a w Afryce również w Kenii, Tanzanii czy w RPA.

A jak wygląda obecnie sytuacja w Gwinei Równikowej, gdzie w ub. tygodniu wykryto ognisko zakażeń wywołanych przez wirus Marburg?

Wprowadzono lokalny lockdown, kilka tysięcy osób skierowano na kwarantannę. Dotychczas zmarło 9 zakażonych osób.

PRZECZYTAJ TAKŻE: WHO zwiększa nadzór zdrowotny po wykryciu wirusa Marburg w Gwinei Równikowej

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.