Wypijmy za błędy
Wypijmy za błędy
Iskrzenie między lekarzami i pacjentami z roku na rok przybiera na sile. Po obu stronach nie brak frustracji, żalu i rozgoryczenia. Gotowość do pojednania i zadośćuczynienia to zdaniem niektórych ujma, despekt i zawodowa skaza. Wśród medycznych profesjonalistów niechętnie rozmawia się o błędach i zaniedbaniach.
Nie pamiętam, aby Ktoś Bardzo Ważny uderzył się w piersi, kiedy media w ubiegłym miesiącu ujawniły, że 51-letni mężczyzna skonał na ulicy niemal dwa kroki od placówki poz. Zanim pion odpowiedzialności zawodowej izby lekarskiej ogłosi w tej sprawie swój werdykt, przyjrzyjmy się, jak w takich kwestiach radzą sobie nasi sąsiedzi zza Odry i Nysy.

W Niemczech przeprowadza się rocznie blisko 19 milionów zabiegów lekarskich. Według danych Niemieckiej Izby Lekarskiej, najpotężniejsza niemiecka kasa chorych AOK zarejestrowała w minionym roku 190 tysięcy błędów lekarskich. Więcej ludzi ginie tam w wyniku błędów lekarskich (19 tys.) niż w wypadkach drogowych (3,5 tys.).
Statystyka daleka od chluby, ale nie od rzeczywistości. Dotyczy 357 tysięcy lekarzy. Czy pacjent ma tam jakieś szanse w zderzeniu ze szpitalem? Powszechną praktyką od co najmniej półwiecza jest każdorazowo próba polubownego załatwienia sprawy już na poziomie szpitala, w którym miało miejsce nieszczęśliwe zdarzenie. Zamiatanie pod dywan, zaprzeczanie wszystkiemu, przeinaczanie faktów i majstrowanie przy dokumentacji nie wchodzi w rachubę. Pacjentowi wręcz umożliwia się złożenie skargi w specjalnej komórce organizacyjnej szpitala, tzw. Behandlungsfehler-Management (zarządzanie obsługą błędów). Można także poprosić kasę chorych o wyznaczenie rzeczoznawcy, który nieodpłatnie przyjrzy się sprawie. Co więcej, Ministerstwo Zdrowia udostępnia swoim mieszkańcom ogólnokrajowe poradnictwo pod bezpłatnym numerem 0800-0117722. Szukanie pomocy i otuchy w bulwarowej prasie jest niepopularne i tylko utrudnia pacjentowi uzyskanie ewentualnego zadośćuczynienia.
Lekarze, we własnym interesie, nie wahają się skierować pacjenta do bardziej doświadczonych kolegów, zwłaszcza gdy leczenie „nie idzie” lub gdy pacjent w lekarzu widziałby bardziej maga i cudotwórcę niż wiernego ucznia Hipokratesa. Pycha, bufonada, mitomaństwo i żądza zaszczytów po prostu się nie opłacają. Pacjent nie jest tam pępkiem świata, ale również nikt nim nie pomiata jak bezrozumnym konsumentem jedynie słusznej terapii.
Filozofia wczesnego arbitrażu święci u naszych sąsiadów nieustannie sukcesy. Przede wszystkim lekarz poświęca wiele uwagi, aby uświadomić pacjentowi różnorodne możliwości terapii. Po prostu rozmawia, a nie podsuwa mu na dzień dobry stos formularzy do wypełnienia. Wcale nie znaczy to, że pyta pacjenta, co ma zrobić. Ale ten wstępny krok i gest ułatwia stronom późniejszy dialog, kiedy pomiędzy nimi zaiskrzy. Dopiero w następnym etapie włączają się starsi lekarze i kierownictwo szpitala.
W niemieckich izbach lekarskich nie ma sądownictwa zawodowego, które wymierza lekarzom kary. Niemcy, w przeciwieństwie do Polaków, uważają, że od tego są sądy powszechne. Ale ich izbowe komisje orzekające (Gutachterkommissionen) i zespoły rozjemcze (Schlichtungsstellen) dążą do daleko idących pozasądowych rozstrzygnięć. Można tylko pozazdrościć kompetencji i skuteczności. Procesy te nie kosztują pacjenta ani centa. Niezadowolonym pozostają kosztowne kancelarie adwokackie. Ale tylko co czwarty pacjent korzysta z tej drogi, szukając satysfakcji z powodu domniemanych nieprawidłowości.
Nikt nad Łabą i Renem nie domaga się od izby lekarskiej, aby rozprawiła się „z potworami w białych kitlach”, do czego często wzywa nasza bulwarowa prasa. Odszkodowanie można uzyskać tylko wtedy, gdy pacjent w wyniku niepowodzenia doznał uszczerbku na zdrowiu. Ale ciężar dowodu spoczywa na pacjencie. Musi on udowodnić, że szkoda wynikła z naruszenia obowiązków i błędu. Ale już naruszenia zasad leczenia nie traktuje się w kategoriach przyczynowości. Nie można stawiać lekarzowi zarzutu, że mógł zastosować inne postępowanie. Okres przedawnienia postępowań wynosi zazwyczaj trzy lata.
Rozżalony pacjent może posiłkować się firmą ubezpieczeniową, która służy mu poradą prawną. Chociaż bez przesady. Ubezpieczyciele, zabezpieczeni gąszczem przypisów drobnym drukiem w umowach z pacjentami, wcale nie muszą pomagać w ściganiu roszczeń o odszkodowanie czy nawet skromne zadośćuczynienie. Często, na otarcie łez, wydają pacjentowi opinię na temat traktowania procedur medycznych, opłacanych przez firmę. A dalej szukaj wiatru w polu — oto ich pozdrowienie dla rozczarowanych klientów.
Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą — głosi stare porzekadło. Medycyna to nie kuchenka mikrofalowa, tu nie ma instrukcji obsługi. Ciągle naraża się na błędy, bo nękają ją niepowodzenia, powikłania, brak zaufania i bezradność aktualnej wiedzy. Ale co by powiedzieć, pokora i zadośćuczynienie pacjentowi nigdy nie hańbią.
Iskrzenie między lekarzami i pacjentami z roku na rok przybiera na sile. Po obu stronach nie brak frustracji, żalu i rozgoryczenia. Gotowość do pojednania i zadośćuczynienia to zdaniem niektórych ujma, despekt i zawodowa skaza. Wśród medycznych profesjonalistów niechętnie rozmawia się o błędach i zaniedbaniach.
Nie pamiętam, aby Ktoś Bardzo Ważny uderzył się w piersi, kiedy media w ubiegłym miesiącu ujawniły, że 51-letni mężczyzna skonał na ulicy niemal dwa kroki od placówki poz. Zanim pion odpowiedzialności zawodowej izby lekarskiej ogłosi w tej sprawie swój werdykt, przyjrzyjmy się, jak w takich kwestiach radzą sobie nasi sąsiedzi zza Odry i Nysy.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach