Skazani na wieczysty duet [Ostrzej, ale bez skalpela]
Rozczaruję pewnie tych czytelników, którzy oczekiwaliby eseju o gorących uniesieniach lekarza i pielęgniarki na nocnych dyżurach w szpitaliku gdzieś w okolicach wschodniej rubieży. Nie będzie też o szczęśliwych małżeństwach przedstawicieli obojga zawodów. Nic z tych rzeczy! Miłość i szacunek pochodzą od człowieka, a nie od jego zawodu. To tyle na rozgrzewkę...
Mam naiwne przekonanie, że związki polskiego lekarza i pielęgniarki nie powinny już być żadnym zawodowym mezaliansem. Zachodnia medycyna już dawno sobie z tym poradziła. Nasza ciągle miota się, co z tym zrobić. Na śmietniku historii wylądowało wreszcie przekonanie, że niegrzecznej i nieposłusznej pielęgniarce „bogowie w białych kitlach” mogli wymierzać klapsa. W sensie dosłownym i przenośnym. Diabli również porwali wątpliwą tezę, że do zawodu pielęgniarek wstępują dziewczęta, którym nie udało się dostać na medycynę i spełnić marzeń rodziców o „lekarzowaniu”. Bo rekrutacja do tego zawodu obecnie w Polsce woła o pomstę do niebios i ociera się o społeczne tsunami. To już dawno przestał być atrakcyjny zawód dla młodej i wrażliwej polskiej maturzystki. Zbyt niski prestiż społeczny, marne wynagrodzenie, praca zmianowa, w niedziele i święta, beznadziejna perspektywa... Poza tym idea służby wydaje się im zgraną narracją poświęcających się starych panien. Kontrast między pretensjonalnością a realnym życiem przybrał odcień aż nadto wyrazisty.