Prof. Andrzej Bochenek: Interesuje mnie wiele rzeczy, ale żadna nie pasjonuje tak bardzo, jak medycyna
Prof. Andrzej Bochenek: Interesuje mnie wiele rzeczy, ale żadna nie pasjonuje tak bardzo, jak medycyna
Który z wielu dyżurów był wyjątkowy? Jakiego pacjenta nigdy nie zapomni? Jakie inne, zawodowe drogi kusiły przed laty? - to tylko kilka z pytań, na które w cyklu „Wywiad lekarski” odpowiada wybitny kardiochirurg prof. Andrzej Bochenek, członek Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, współzałożyciel sieci klinik American Heart of Poland.
Wyjątkowy dyżur…




Najtrudniejsze są pierwsze samodzielne dyżury. Po okresie, gdy dyżuruje się ze starszymi i bardziej doświadczonymi kolegami, przychodzi czas, kiedy cała odpowiedzialność spada na ciebie. Obecnie ta odpowiedzialność jest bardziej rozłożona na zespoły, opieramy się na standardach postępowania, do których w każdej chwili można sięgnąć. Dzisiaj lekarz ma do dyspozycji tomograf komputerowy na SOR, może natychmiast zlecić badanie echokardiograficzne, ale były takie czasy i to wcale nie tak dawno, bo 20 czy 30 lat temu, gdy w szpitalach takiej aparatury nie było. Musieliśmy opierać się na doświadczeniu i tzw. nosie klinicznym.
Początkowo pracowałem jako chirurg ogólny w Zabrzu i jedynym badaniem obrazowym, jakie można było wykonać, był rentgen. A obejmowaliśmy obszarem działania bardzo duży region, górniczy, gdzie zdarzały się wypadki w kopalniach. I nierzadko trzeba było wykonywać różnego rodzaju operacje. W latach 70., 80. ubiegłego wieku byliśmy chirurgami ogólnymi, którzy musieli brać na swoje barki np. wykonanie otworów trepanacyjnych w czaszce, bo pacjent miał krwiak, który trzeba było opróżnić. Wyzwaniem były rozległe operacje jelit, śledziony, po urazach komunikacyjnych. Teraz na szczęście jest inaczej. Dziś chirurg ogólny może pacjenta skierować np. na ortopedię, a gdy trzeba, na neurochirurgię.
Dyżurami, które zapadły mi w pamięć, są te najbardziej stresujące, odbywane za granicą, gdzie pracowałem ramię w ramię z lekarzami z innego systemu ochrony zdrowia. Do dziś jest żywy w mej pamięci jeden z dyżurów podczas pracy w Wielkiej Brytanii, gdy miał miejsce wypadek samolotu. Maszyna rozbiła się niedaleko Manchesteru i do naszego szpitala trafiło wielu pacjentów z tętniakami aorty, których trzeba było w trybie pilnym operować.
Pacjent, którego nie zapomnę...
Trudno wybrać jedną osobę. Ale skoro muszę, to opowiem o młodym człowieku, który w trakcie obiadu świątecznego doznał nagłego bólu w klatce piersiowej i stracił przytomność. Został przywieziony do nas i diagnostyka wykazała, że miał rozwarstwiającego tętniaka aorty. To były lata 80. i nie mieliśmy jeszcze takiego doświadczenia w leczeniu tętniaków, jak obecnie. Tego młodego człowieka zoperowaliśmy, mając z badań obrazowych tylko zdjęcie RTG i bardzo słabej jakości badanie echokardiograficzne. Udało nam się go zoperować, ale pacjent nie wybudzał się przez prawie 30 dni. Czas mijał, rokowanie było coraz poważniejsze. Nagle, gdy traciliśmy już nadzieję, pacjent się wybudził, podjął rehabilitację i szybko wrócił do formy.
Potem musiał mieć kolejną operację dalszego odcinka rozwarstwienia. Zabieg się udał. Po wielu latach ten mężczyzna przyszedł do mnie i pochwalił się, że obronił doktorat, ma habilitację, założył rodzinę i żyje pełnią życia. Miałem wówczas kolosalną satysfakcję jako lekarz, bo tego człowieka udało się uratować niemal cudem. Takich pacjentów pamięta się najbardziej.
Najtrudniejszy egzamin na studiach…
Ponieważ noszę takie samo nazwisko jak autor wielokrotnie wznawianego podręcznika anatomii, to — mimo braku pokrewieństwa z prof. Adamem Bochenkiem — oczekiwano ode mnie doskonałego przygotowania właśnie z tej dziedziny. Na szczęście, dzięki mojej wymagającej nauczycielce, przeszedłem przez egzamin z anatomii bardzo dobrze. Natomiast drugim, którego się obawiałem, był sprawdzian z histologii. Jeden z tych, przez które najczęściej odpadało się ze studiów. Pamiętam, że poradziłem sobie z pytaniami o rozwój zęba. Potem zaczęło się odpytywanie o rozwój krwi, zagadnienie, którego obawiałem się najbardziej. Egzaminujący mnie docent zapytał o trombocyty, które szczegółowo opisałem. Nagłe słyszę: „Niech pan mi powie, co to są zakrwinki?”.
Zbaraniałem, bo nigdy nie słyszałem o zakrwinkach. Zacząłem się jąkać, tłumaczyć, że nie wiem, o co chodzi. Egzaminator spojrzał na mnie dziwnie i wybuchł śmiechem: „No, ale jak to pan nie słyszał! Przecież już pan o nich mówił!”. I dopiero wtedy skojarzyłem, że nie pyta mnie o nową formę krwi, która nazywa się „zakrwinka”, tylko o trombocyty, czyli płytki krwi. Dziś się z tego śmieję, ale wtedy nie było mi do śmiechu.
Gdybym nie był lekarzem…
Nie miałem wśród krewnych lekarzy. Wybrałem ten zawód tylko dlatego, że miałem fajnych nauczycieli z biologii. Z chemii nie byłem żadnym orłem, a trzeba było zdawać na egzaminach wstępnych chemię i fizykę. Na medycynę dostałem się ledwo, ledwo. Próg przyjęcia wynosił 73 punkty i właśnie tyle miałem. Moja rodzina była bardziej politechniczna, związana z budownictwem.
Kim bym został, gdyby nie lekarzem? Gdybym lepiej znał matematykę i fizykę, to pewnie poszedłbym na politechnikę i został architektem albo budowlańcem. To zresztą się w moim życiorysie przewija, bo bez przerwy coś remontowałem. Dwa razy odnawiałem klinikę kardiochirurgii, którą prof. Zbigniew Religa przekazał mi jako nowoczesną, ale po 5 latach już wymagała modernizacji. Potem udało mi się pomagać w budowie kardiochirurgii w Zamościu, nie mówiąc już o tym, że zaczynaliśmy z profesorami Religą i Zembalą od budowania sal operacyjnych.
Na samym końcu udało mi się z kolegami stworzyć wyjątkowe sale operacyjne w Polsko-Amerykańskich Klinikach Serca. Chciałem, by miały okna, naturalne światło. Wszyscy architekci, z którymi współpracowałem, dopytywali, czy jestem pewien, bo ze względów energetycznych lepiej, żeby okien nie było. Nie odpuściłem i mamy dziś w PAKS wyjątkowe sale operacyjne — większe i z przepięknym widokiem na góry. Przy tak długich operacjach jak nasze, czasami dobrze jest spojrzeć w okno, na słońce albo na padający deszcz.
Osoba, która inspiruje mnie najbardziej…
W naszym zawodzie trzeba mieć trochę szczęścia, także do ludzi. W całej swojej karierze nie miałem żadnych znajomości czy koneksji lekarskich i musiałem przebijać się samemu, ale zawsze trafiałem na bardzo dobrych nauczycieli. Moim pierwszym mistrzem był prof. Tadeusz Paliwoda, bardzo światły chirurg, który prowadził Klinikę Chirurgii Serca i Naczyń. Miałem u niego możliwość rozwijać się jako chirurg ogólny. Później trafiłem w Anglii na prof. Johna Baileya, który także był doskonałym nauczycielem. Z kolei praca z prof. Zbigniewem Religą dodała mi skrzydeł. Od niego dostałem kolosalną samodzielność, popartą mądrym nadzorem. Dzięki prof. Relidze zostałem kierownikiem kliniki w Ochojcu, którą prowadziłem 25 lat. Tam poznałem też fantastycznych kardiologów. Największe wrażenie zrobił na mnie prof. Leszek Giec, który był twórcą kardiologii w szpitalu w Ochojcu. Osoby, które wymieniłem, to ludzie, którzy mnie inspirowali do tego, żeby być dobrym lekarzem. Muszę powiedzieć, że dla lekarza najgorsze, to trafić na zazdrosnego ordynatora czy profesora, który nie pozwala się rozwijać. Ja miałem wielkie szczęście, że nigdy na takich ludzi nie trafiłem. Niestety, bardzo często jest inaczej i wiele talentów tracimy tylko dlatego, że nie trafiają na dobrych mistrzów.
Święty Graal medycyny to…
Moim zdaniem szczepionka, która uchroni nas przed antybiotykoopornymi bakteriami i przed epidemiami, które nas czekają. Od wielu lat czytałem w czasopismach medycznych o grożących nam pandemiach i brzmiało to jak fantastyczne opowieści. Do czasu, gdy zetknąłem się z pandemią COVID-19 i bardzo zaraźliwym wirusem SARS-CoV-2. Medycyna i ludzie ją tworzący powinni skoncentrować się na uniknięciu podobnych zagrożeń w przyszłości.
Przełomowy moment w mojej karierze…
Zaczynałem jako chirurg ogólny, potem zrobiłem specjalizację z angiologii i pracowałem na chirurgii naczyniowej. Przełomowym momentem w mojej karierze była możliwość wyjazdu do Sztokholmu dzięki prof. Paliwodzie, z którym w stolicy Szwecji spędziłem dwa tygodnie. Tam po raz pierwszy zobaczyłem całkiem inną medycynę, inną chirurgię. Poznałem profesora Olafa Björka, który stworzył jedną z pierwszych zastawek uchylnych. Otarłem się o nowoczesną kardiochirurgię: zobaczyłem, że po operacjach serca wcale nie trzeba umierać, nie trzeba mieć powikłań. To był przełomowy moment.
A drugi miał miejsce podczas stażu w Wielkiej Brytanii, gdy dostałem telefon z Polski. Usłyszałem, że do Zabrza przyjechał prof. Zbigniew Religa i będzie możliwość tworzenia nowoczesnej kardiochirurgii w rodzinnym kraju. Bardzo się zastanawiałem, czy zostać w Anglii, czy wracać do Polski, gdzie trwał stan wojenny. Wróciłem i uważam, że była to jedna z moich najlepszych decyzji, bo spowodowała absolutny przełom w mojej karierze.
Gdy jestem pacjentem, to…
Na szczęście, pacjentem nie byłem zbyt często. Miałem jedną operację, jakieś urazy na nartach. Gdy jednak jestem pacjentem, zachowuję się troszeczkę inaczej. Przede wszystkim doceniam pracę pielęgniarek i lekarzy. Staram się nie być roszczeniowy i ufać lekarzom, którzy mnie leczą. W dobie Internetu pacjenci są znacznie lepiej wyedukowani niż kiedyś. To już nie są czasy, gdy pacjent przychodzi i ślepo ufa specjaliście. Dzisiaj, gdy kwalifikuję chorego do operacji, nierzadko słyszę od niego najnowsze informacje o rodzajach zastawek. Słucham, że pacjent by chciał taką, a nie taką. Trudno czasami pacjentowi wytłumaczyć, dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej.
W uprawianiu zawodu lekarza najbardziej przeszkadza…
Najbardziej przeszkadza mi sytuacja, gdy do systemu ochrony zdrowia mieszają się politycy. Był taki czas, gdy miała miejsce masowa wymiana dyrektorów, autorytetów w szpitalach. Uważam, że to też spowodowało dużo problemów w służbie zdrowia. Szczerze powiedziawszy, troszeczkę odetchnąłem, gdy przeszedłem na emeryturę. Wcześniej pracowałem w szpitalach dobrze zarządzanych, prywatnych jednostkach. Tam całkiem inaczej traktuje się ludzi.
Wymagany jest wzajemny szacunek: lekarzy do administracji, ale także administracji do lekarzy. Nie można podważać stanowiska lekarzy tylko dlatego, że się działa z pozycji dyrektora szpitala czy rektora uczelni. Polska będzie sobie musiała z tym poradzić.
Kiedy nie pracuję…
Spędzam czas bardzo różnie, najczęściej z rodziną, na wakacjach. Często jestem pytany, czy mam jakieś hobby? Chodzę z żoną z kijkami. Staram się z wnukami spędzać trochę czasu. Lubię oglądać telewizję albo dobre filmy. Interesuje mnie wiele rzeczy, ale żadna nie pasjonuje tak bardzo, jak medycyna. I to jest problem. Mógłbym już nie pracować, ale ciągle pracuję, ciągle operuję, ciągle jestem konsultantem Polsko-Amerykańskich Klinik Serca do spraw kardiochirurgii. To sprawia mi ogromną przyjemność i jest źródłem satysfakcji.
Prof. dr hab. n. med. Andrzej Bochenek jest specjalistą w dziedzinie chirurgii ogólnej, kardiochirurgii i angiologii, współzałożycielem sieci klinik American Heart of Poland, członkiem zarządu głównego Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.
Który z wielu dyżurów był wyjątkowy? Jakiego pacjenta nigdy nie zapomni? Jakie inne, zawodowe drogi kusiły przed laty? - to tylko kilka z pytań, na które w cyklu „Wywiad lekarski” odpowiada wybitny kardiochirurg prof. Andrzej Bochenek, członek Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, współzałożyciel sieci klinik American Heart of Poland.
Wyjątkowy dyżur…
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach