Pompowanie dziurawego balonu [Ostrzej, ale bez skalpela, Marek Stankiewicz
Pompowanie dziurawego balonu [Ostrzej, ale bez skalpela, Marek Stankiewicz
W demokratycznej Europie już tylko Polska pozostała samotną enklawą, gdzie lekarze i dentyści są zrzeszeni we wspólnej korporacji zawodowej. Szkopuł w tym, że u nas dentystów jest cztery i pół razy mniej niż lekarzy. Stomatologia to nie jest specjalność lekarska, lecz odrębny zawód, choć jego prawne regulacje opisano we wspólnej ustawie o zawodzie lekarza i lekarza dentysty. Ale ustawa to przecież nie jakieś kamienne tablice ani zbiór prawd objawionych.
Żeby nikogo tym felietonem do żywego nie dotknąć, uprośćmy terminologię: lekarz to absolwent medycyny, ale nie istnieje tytuł lekarza medycyny. Dzisiejszy absolwent stomatologii ma prawo do tytułu lekarza dentysty. Ale stomatolog z doktoratem to już doktor nauk medycznych.

Lekarze i dentyści, niczym Paweł i Gaweł z wierszowanej bajki Fredry, od ponad ćwierćwiecza „w jednym stoją domu, nie wadząc nikomu”. Co więcej, kiedyś w Olsztynie, Gorzowie Wielkopolskim, Zielonej Górze, a ostatnio w Kielcach na prezesa izby lekarskiej obojga zawodów wybrano lekarza dentystę. Osoby te są nadal prawdziwymi autorytetami. W każdym organie izby lekarskiej dentystom zagwarantowano parytet mandatów, które nawet przy braku kandydatów nie mogą być obsadzone przez lekarzy. Co najmniej jeden z wiceprezesów w 23-izbowych okręgach jest dentystą. Ale lekarze mają prawo wybrać tych dentystów, których chcą. I vice versa. Głosy dentystów niejednokrotnie bywały w wyborach języczkiem u wagi. Ale…
Od wielu lat dentyści niemal chórem deklarują, że są za wspólną korporacją, ale z poszanowaniem odrębności swego zawodu. To niewinne słówko „ale” zrobiło ostatnio karierę nie mniejszą niż osławione „lub czasopisma”. Część środowiska stomatologicznego w izbach lekarskich coraz dobitniej nalega na przyjęcie takich rozwiązań legislacyjnych, które zapewnią równoprawne funkcjonowanie obu zawodów. Dentystom nie podoba się, że reguła proporcjonalności z założenia skazuje ich na to, że decyzje dotyczące ich zawodu mogą zapadać nawet niezgodnie z ich wolą. Lekarze jakoś nie spieszą się z przyjściem im w sukurs, bo nie przypominają sobie, aby jakaś istotna dla dentystów sprawa została celowo lub przypadkowo przez nich zablokowana. Po co im właściwie ta autonomia — pytano ze wzruszeniem ramion na lekarskich salonach.
Dentyści zauważyli, że dobry czas dla stomatologii powoli dogorywa. Po tłustych latach, kiedy po transformacji ustrojowej uwolniono rynek usług dentystycznych i odnotowywano wzrost tzw. turystyki medycznej, teraz mamy do czynienia z czymś więcej niż stagnacją. Spadają drastycznie dochody, rosną wymagania administracyjne, brak jest możliwości szkolenia specjalizacyjnego, indywidualnym praktykom przychodzi zmagać się z firmami sieciowymi i nadprodukcją dentystów przez uniwersytety medyczne. Czarę goryczy dopełnia niedoszacowanie świadczeń stomatologicznych w ramach powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego i stale pogarszające się warunki współpracy z NFZ. O tych wyzwaniach współczesności można dziś usłyszeć niemal od każdego dentysty. Niestety, prawie zawsze z zastrzeżeniem anonimowości.
Z roku na rok oba zawody medyczne oddalały się od siebie. Różnice można było dostrzec gołym okiem: od szkolenia przeddyplomowego, podyplomowego, możliwości realizowania specjalizacji, relacji z państwowym płatnikiem, na formie wykonywania zawodu kończąc. Nie zapominajmy, że niemal sto procent dentystów musi prowadzić działalność gospodarczą. Lekarzom zaś pozostawiono zatrudnienie i praktykowanie w szpitalach, których niebotyczne sumy zadłużenia (lub jak kto woli niedofinansowania), nie mają nic wspólnego z rynkiem, z którego mechanizmami codziennie ścierają się dentyści.
Prawdopodobnie te lęki i obawy o przyszłość wykreowały kuriozalny wniosek 33 delegatów na XIII Nadzwyczajnym Krajowym Zjedzie Lekarzy w maju br. Do regulaminu wyborów do organów izb lekarskich nagle zgłoszono poprawkę, aby w przypadku głosowania na lekarza dentystę głosy lekarzy dentystów były liczone w stosunku 4 do 1 lekarzy głosujących na lekarzy dentystów, zaś w przypadku głosowania lekarzy dentystów na lekarzy 1 do 1. Wnioskodawcom odpowiedział złośliwy, głośny śmiech, spotęgowany kpinami. Z oczywistych powodów poprawka była wadliwa prawnie i naruszała zasady demokratycznego głosowania. Wybory w korporacji są równe, każdy ma jeden głos. Poprawka przepadła z kretesem. Ale co gorsza, jak kilkusekundowe trzęsienie ziemi i jego fala sejsmiczna, ta poprawka zatrzęsła spokojnym z pozoru fredrowskim domem doktorów Pawła i Gawła.
Nie wiadomo, czy mnożenie głosów przez cztery wzmocni izbę lekarską, czy może rozbije ją na dwa mniejsze ośrodki. Pojawiła się nawet wątpliwość, czy dywagacje na temat sposobu liczenia głosów podczas zjazdów lekarzy tak naprawdę interesuje dentystów, oczywiście, oprócz garstki samorządowych aktywistów. Nadzieję entuzjastów autonomii wzbudziło zapewnienie Ministerstwa Zdrowia, że jest ono otwarte na wszelkie sygnały oraz pomysły, które miałyby przyczynić się do poprawy organizacji i funkcjonowania samorządu zawodowego lekarzy i lekarzy dentystów. Tym bardziej, że do snów o potędze zawodu lekarza dentysty dołączył ostatnio Rzecznik Praw Obywatelskich, który domaga się „by szczególnie zadbać, aby prawa grupy zawodowej będącej w mniejszości były respektowane i należycie chronione”.
Szkoda, że nikt nie chce poszukać dziury w tym rozdętym balonie, który już żadnego lekarza ani dentystę wyżej nie uniesie. Rozmaite dopalacze i megadawki niektórych witamin w medycynie prowadzą tak naprawdę do powstania ich niedoborów.
W demokratycznej Europie już tylko Polska pozostała samotną enklawą, gdzie lekarze i dentyści są zrzeszeni we wspólnej korporacji zawodowej. Szkopuł w tym, że u nas dentystów jest cztery i pół razy mniej niż lekarzy. Stomatologia to nie jest specjalność lekarska, lecz odrębny zawód, choć jego prawne regulacje opisano we wspólnej ustawie o zawodzie lekarza i lekarza dentysty. Ale ustawa to przecież nie jakieś kamienne tablice ani zbiór prawd objawionych.
Żeby nikogo tym felietonem do żywego nie dotknąć, uprośćmy terminologię: lekarz to absolwent medycyny, ale nie istnieje tytuł lekarza medycyny. Dzisiejszy absolwent stomatologii ma prawo do tytułu lekarza dentysty. Ale stomatolog z doktoratem to już doktor nauk medycznych.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach