Między emocją a rozumem
Między emocją a rozumem
Ostrzej, ale bez skalpela: Felieton Marka Stankiewicza
Zawód zaufania publicznego — to brzmi dumnie! Tworzy przecież szczególną więź zaufania między osobą wykonującą zawód i świadczącą usługi na rzecz klienta a nim samym. Co więcej, wiąże się z dostępem do informacji dotyczących sfery prywatności osoby fizycznej. Nie wspominając o świętym obowiązku dochowania tej tajemnicy.
Środowisko fizjoterapeutów od wielu lat ubiega się o wprowadzenie ustawy o swojej profesji. „Zasługujemy na szacunek, a nasza praca jest niezbędna dla wielu milionów pacjentów w Polsce” — argumentują fizjoterapeuci. W uzasadnieniu nie brakuje krokodylich łez nad tragiczną historią fizjoterapeutki, na którą spadł skaczący samobójca i złamał jej kręgosłup.
Przy okazji jednak fizjoterapeuci oskarżają lekarzy o blokowanie ich starań i deprecjację ich wykształcenia. Przypominają w publicznym oświadczeniu, że są kształceni w systemie szkolnictwa wyższego, posiadają wystarczające i jedyne w swoim rodzaju przygotowanie do przywracania utraconych możliwości ruchowych osobom chorym. „Jesteśmy uzależnieni od zleceń lekarzy ze specjalizacją rehabilitacja, a te są często błędne” — twierdzą chwacko i zaczepnie doświadczeni fizjoterapeuci. Skarżą się na zły los, który posiadaczom dyplomu fizjoterapeuty wciąż odbiera prawa do otwarcia samodzielnego gabinetu.
Codzienne gazety informują w ogłoszeniach drobnych o cudotwórczych zabiegach rehabilitacyjnych. Dla pacjenta jedynym certyfikatem profesjonalizmu takich usług jest numer telefonu komórkowego, nigdzie zresztą niezarejestrowanego. Fizjoterapeuta dotychczas musiał zatrudnić lekarza ze specjalizacją rehabilitacja, żeby przyjmować pacjentów w ramach NFZ.
Ale czy tu tylko o szacunek chodzi? Nową ustawę uchwaliła koalicyjna większość sejmowa, jak zwykle głucha na uwagi i postulaty organizacji lekarskich. Aż trudno uwierzyć, z jakim zapałem wiceminister zdrowia Igor Radziewicz-Winnicki wspierał tworzenie złego prawa, lekceważąc senackie poprawki. Ale kalendarz wyborczy ma swoje priorytety. Dla jego ochrony polscy politycy gotowi zamienić nawet dni tygodnia i pory roku. Naczelna Izba Lekarska dostała jeden dzień roboczy na zapoznanie się z tym ważnym aktem prawnym i wszystkimi poprawkami do niego. Czy w takich warunkach można stworzyć dobre prawo dla dobra pacjenta? Już przy pobieżnej lekturze projekt ustawy mrozi krew w żyłach. „Mam obawy o bezpieczeństwo pacjentów, którzy mieliby być diagnozowani i leczeni przez fizjoterapeutów o zróżnicowanych kwalifikacjach zawodowych, bez nadzoru lekarza” — trwoży się prezes Maciej Hamankiewicz. W projekcie nie opisano procesu uzyskiwania zawodu fizjoterapeuty, nie przedstawiono zasad wykonywania tego zawodu ani wykazu czynności zawodowych w uzależnieniu od kompetencji.
W zachodniej medycynie buduje się obecnie strategiczne plany rozwoju rehabilitacji opartej na zespole: lekarz, pielęgniarka, fizjoterapeuta, psycholog, ortoptyk, pedagog i inni. Każdemu z nich zapewnia się autonomię i poszanowanie kompetencji, ale koordynację powierza się lekarzowi. Niemożliwe jest bezpieczne zlecenie i dawkowanie fizykoterapii oraz kinezyterapii chorym bez kompleksowej diagnostyki, w tym diagnostyki różnicowej prowadzonej przez lekarza. Konkretny objaw może wynikać z różnych chorób, których nie jest w stanie rozróżnić nawet najlepiej wykształcony fizjoterapeuta jedynie w badaniu funkcjonalnym.
Nowa ustawa o zawodzie fizjoterapeuty wyłącza lekarza z procesu diagnostyczno-leczniczego. Co gorsza, wyposaża fizjoterapeutę w możliwość kwalifikowania do zabiegów fizjoterapii.
„Akt medyczny obejmuje wszystkie działania specjalistyczne, takie jak działania naukowe, dydaktyczne, szkoleniowe, edukacyjne, organizacyjne, medyczno-techniczne, wykonywane w celu promowania zdrowia, zapobiegania chorobom, zapewniające diagnostykę, terapię i opiekę rehabilitacyjną indywidualnym pacjentom, ich grupom i społecznościom, w ramach poszanowania wartości etycznych i deontologicznych. Muszą być zawsze wykonywane przez zarejestrowanych lekarzy medycyny lub pod ich bezpośrednim nadzorem bądź na ich zlecenie” — czytamy w definicji aktu medycznego, przyjętej przez Europejską Unię Lekarzy Specjalistów (UEMS).
Prawo leczenia ludzi w Polsce mają lekarze i lekarze dentyści. Przedstawiciele innych zawodów związanych lub nie z medycyną mogą i powinni, według najlepszej swej wiedzy i talentu, wypełniać zalecenia lekarzy, a nie ich wyręczać. Taki porządek obowiązuje w medycynie od zgoła 2,5 tysiąca lat pod każdą szerokością geograficzną. To nie jest histeryczna obrona lekarskich okopów, ale wybór pomiędzy nowoczesnym partnerstwem a wysokim mniemaniem o sobie i gwiazdorstwem.
Żaden zawód medyczny nie może chełpliwie i dufnie domagać się dla siebie autonomii. Chojracki i krewki, a zarazem kontestatorski i pełen tupetu wobec medycyny, szalony pęd ku niezależności i braku kontroli, demonstrowany przez fizjoterapeutów nie umacnia partnerstwa w leczeniu ludzi krzyczących o pomoc. Megalomania i nadęty próżnością ton nie przystoi też lekarzom. Mają oni codziennie tysiące okazji do udowodnienia swojego przywództwa w medycynie. Szkoda, że nie wszyscy lekarze korzystają z tych sposobności. Jeszcze gorzej, kiedy ich święte oburzenie z powodu pojawienia się konkurencji ma zasłonić niedostatki i poważne luki w wiedzy. Takie postawy systematycznie oddalają medyczne zawody od siebie. Ale to żadne przecież odkrycie, że polsko-polska wojenka dotarła również na rubież medyczną. Wystarczy jutro w drodze do pracy włączyć radio, aby odsłuchać odgłosy i echa kolejnej strzelaniny.
Przypominam, że każdy, kto bez prawa wykonywania zawodu podejmuje czynności lekarskie, łamie prawo, bez względu na to, jakie zasługi z tytułu cudotwórstwa sobie potem przypisuje. Warto, aby zawodowcy zdawali sobie sprawę, jaka jest różnica między możliwością a fantazją.
[email protected]
Ostrzej, ale bez skalpela: Felieton Marka Stankiewicza
Zawód zaufania publicznego — to brzmi dumnie! Tworzy przecież szczególną więź zaufania między osobą wykonującą zawód i świadczącą usługi na rzecz klienta a nim samym. Co więcej, wiąże się z dostępem do informacji dotyczących sfery prywatności osoby fizycznej. Nie wspominając o świętym obowiązku dochowania tej tajemnicy. Środowisko fizjoterapeutów od wielu lat ubiega się o wprowadzenie ustawy o swojej profesji. „Zasługujemy na szacunek, a nasza praca jest niezbędna dla wielu milionów pacjentów w Polsce” — argumentują fizjoterapeuci. W uzasadnieniu nie brakuje krokodylich łez nad tragiczną historią fizjoterapeutki, na którą spadł skaczący samobójca i złamał jej kręgosłup.Przy okazji jednak fizjoterapeuci oskarżają lekarzy o blokowanie ich starań i deprecjację ich wykształcenia. Przypominają w publicznym oświadczeniu, że są kształceni w systemie szkolnictwa wyższego, posiadają wystarczające i jedyne w swoim rodzaju przygotowanie do przywracania utraconych możliwości ruchowych osobom chorym. „Jesteśmy uzależnieni od zleceń lekarzy ze specjalizacją rehabilitacja, a te są często błędne” — twierdzą chwacko i zaczepnie doświadczeni fizjoterapeuci. Skarżą się na zły los, który posiadaczom dyplomu fizjoterapeuty wciąż odbiera prawa do otwarcia samodzielnego gabinetu. Codzienne gazety informują w ogłoszeniach drobnych o cudotwórczych zabiegach rehabilitacyjnych. Dla pacjenta jedynym certyfikatem profesjonalizmu takich usług jest numer telefonu komórkowego, nigdzie zresztą niezarejestrowanego. Fizjoterapeuta dotychczas musiał zatrudnić lekarza ze specjalizacją rehabilitacja, żeby przyjmować pacjentów w ramach NFZ. Ale czy tu tylko o szacunek chodzi? Nową ustawę uchwaliła koalicyjna większość sejmowa, jak zwykle głucha na uwagi i postulaty organizacji lekarskich. Aż trudno uwierzyć, z jakim zapałem wiceminister zdrowia Igor Radziewicz-Winnicki wspierał tworzenie złego prawa, lekceważąc senackie poprawki. Ale kalendarz wyborczy ma swoje priorytety. Dla jego ochrony polscy politycy gotowi zamienić nawet dni tygodnia i pory roku. Naczelna Izba Lekarska dostała jeden dzień roboczy na zapoznanie się z tym ważnym aktem prawnym i wszystkimi poprawkami do niego. Czy w takich warunkach można stworzyć dobre prawo dla dobra pacjenta? Już przy pobieżnej lekturze projekt ustawy mrozi krew w żyłach. „Mam obawy o bezpieczeństwo pacjentów, którzy mieliby być diagnozowani i leczeni przez fizjoterapeutów o zróżnicowanych kwalifikacjach zawodowych, bez nadzoru lekarza” — trwoży się prezes Maciej Hamankiewicz. W projekcie nie opisano procesu uzyskiwania zawodu fizjoterapeuty, nie przedstawiono zasad wykonywania tego zawodu ani wykazu czynności zawodowych w uzależnieniu od kompetencji. W zachodniej medycynie buduje się obecnie strategiczne plany rozwoju rehabilitacji opartej na zespole: lekarz, pielęgniarka, fizjoterapeuta, psycholog, ortoptyk, pedagog i inni. Każdemu z nich zapewnia się autonomię i poszanowanie kompetencji, ale koordynację powierza się lekarzowi. Niemożliwe jest bezpieczne zlecenie i dawkowanie fizykoterapii oraz kinezyterapii chorym bez kompleksowej diagnostyki, w tym diagnostyki różnicowej prowadzonej przez lekarza. Konkretny objaw może wynikać z różnych chorób, których nie jest w stanie rozróżnić nawet najlepiej wykształcony fizjoterapeuta jedynie w badaniu funkcjonalnym.Nowa ustawa o zawodzie fizjoterapeuty wyłącza lekarza z procesu diagnostyczno-leczniczego. Co gorsza, wyposaża fizjoterapeutę w możliwość kwalifikowania do zabiegów fizjoterapii. „Akt medyczny obejmuje wszystkie działania specjalistyczne, takie jak działania naukowe, dydaktyczne, szkoleniowe, edukacyjne, organizacyjne, medyczno-techniczne, wykonywane w celu promowania zdrowia, zapobiegania chorobom, zapewniające diagnostykę, terapię i opiekę rehabilitacyjną indywidualnym pacjentom, ich grupom i społecznościom, w ramach poszanowania wartości etycznych i deontologicznych. Muszą być zawsze wykonywane przez zarejestrowanych lekarzy medycyny lub pod ich bezpośrednim nadzorem bądź na ich zlecenie” — czytamy w definicji aktu medycznego, przyjętej przez Europejską Unię Lekarzy Specjalistów (UEMS).Prawo leczenia ludzi w Polsce mają lekarze i lekarze dentyści. Przedstawiciele innych zawodów związanych lub nie z medycyną mogą i powinni, według najlepszej swej wiedzy i talentu, wypełniać zalecenia lekarzy, a nie ich wyręczać. Taki porządek obowiązuje w medycynie od zgoła 2,5 tysiąca lat pod każdą szerokością geograficzną. To nie jest histeryczna obrona lekarskich okopów, ale wybór pomiędzy nowoczesnym partnerstwem a wysokim mniemaniem o sobie i gwiazdorstwem. Żaden zawód medyczny nie może chełpliwie i dufnie domagać się dla siebie autonomii. Chojracki i krewki, a zarazem kontestatorski i pełen tupetu wobec medycyny, szalony pęd ku niezależności i braku kontroli, demonstrowany przez fizjoterapeutów nie umacnia partnerstwa w leczeniu ludzi krzyczących o pomoc. Megalomania i nadęty próżnością ton nie przystoi też lekarzom. Mają oni codziennie tysiące okazji do udowodnienia swojego przywództwa w medycynie. Szkoda, że nie wszyscy lekarze korzystają z tych sposobności. Jeszcze gorzej, kiedy ich święte oburzenie z powodu pojawienia się konkurencji ma zasłonić niedostatki i poważne luki w wiedzy. Takie postawy systematycznie oddalają medyczne zawody od siebie. Ale to żadne przecież odkrycie, że polsko-polska wojenka dotarła również na rubież medyczną. Wystarczy jutro w drodze do pracy włączyć radio, aby odsłuchać odgłosy i echa kolejnej strzelaniny. Przypominam, że każdy, kto bez prawa wykonywania zawodu podejmuje czynności lekarskie, łamie prawo, bez względu na to, jakie zasługi z tytułu cudotwórstwa sobie potem przypisuje. Warto, aby zawodowcy zdawali sobie sprawę, jaka jest różnica między możliwością a fantazją[email protected]
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach