Którędy na medycynę
Którędy na medycynę
Droga do lekarskiej samodzielności jest długa i wyboista. Sześć lat piekielnie pracochłonnych studiów, rok stażu podyplomowego i co najmniej sześć lat rezydentury, oby wymarzonej specjalizacji, to — razem z podstawową i średnią edukacją — równe ćwierć wieku.
A potem… W najlepszym razie etat w klinice czy jakimś wojewódzkim centrum, prędzej kontrakt w powiatowym szpitalu, a może jeszcze jakaś krótka ścieżka do wąskiej specjalizacji. A jak nie to Irlandia. Dziś już nie taka skora do przyjmowania Polaków.
Na studiach lekarskich sesja trwa cały rok. Każda nieprzespana noc z atlasem anatomicznym w ręku przybliża do utrzymania się na medycynie. Dwa pierwsze lata to naprawdę „zęby w płot” i wszystko na pamięć. Kto baluje, prędzej czy później wylatuje ze studiów. I nikt po nim nie płacze. Prawdziwe studiowanie medycyny zaczyna się dopiero na trzecim roku wraz z nauką badania, diagnostyki i leczenia. Do tego zawodu potrzeba nie tylko dużej wiedzy i umiejętności, ale przede wszystkim twardszej skóry, odpornej za nieoczekiwane reakcje cierpiącego człowieka. Gazety puchną od krytyki lekarzy. Fora internetowe to nic innego jak kubeł pomyj, wylewany codziennie na lekarzy. Mimo to chętnych do wykonywania tego zawodu wśród polskiej młodzieży nie brakuje.
Nabór na medycynę tego lata przekroczył najśmielsze przewidywania. W Rzeszowie o jeden indeks ubiegały się 64 osoby, a w Kielcach aż 40. Miejsce na studiach lekarskich gwarantowało 90 proc. punktów z rozszerzonej matury z biologii i chemii. Dzięki temu w Kielcach i Rzeszowie, gdzie dydaktyka medyczna dopiero raczkuje, pojawi się elita polskich maturzystów.
Dziś o kwalifikacji na studia medyczne decyduje konkurs świadectw maturalnych.
To się nie sprawdza
— ostrzegają eksperci, a wtóruje im Ministerstwo Zdrowia. Entuzjaści testowego sprawdzania wiedzy przestrzegają przed zaniżaniem standardów. Obecny system przygotowania do studiów lekarskich przypomina współczesny matriks. Liceum staje się instytucją przeszkadzającą w dostaniu się na wydział lekarski, bo zajmuje czas przedmiotami innymi niż biologia, chemia. Ten wyścig szczurów zaczyna przekraczać granice rozsądku. Jak przyszły lekarz ma angażować się w sprawy pacjenta, jeżeli od 15. roku życia był zmuszony do nauki jak cyborg? Konkurencja do tego na wskroś humanistycznego zawodu sprowadziła się do sprawdzania wiedzy w dwóch przedmiotach… ścisłych. Przypomina to próbę wyhodowania szybszego konia, nie biorąc pod uwagę wynalazku, jakim jest samochód.
Rekrutacja na medycynę przeżywała już niejeden horror. Najpierw był szlaban dla dzieci kułaków i pełzającej kontrrewolucji, a jednocześnie otwarte ramiona dla budowniczych Nowej Huty z hufców Służby Polsce, kierowanych potem na studia lekarskie. Jeszcze nie tak dawno podanie o przyjęcie na jakiekolwiek studia można było złożyć tylko raz w roku i tylko na jeden kierunek w jednej uczelni. Kto się nie dostał, odpadał. Chłopcy lądowali na dwa lata w wojsku lub na trzy w marynarce wojennej, a dziewczęta szły do pracy. Tymczasem rektorzy po wakacjach na pęczki przyjmowali w poczet studentów tych, którzy do swego odwołania dopinali bilety wizytowe pierwszych sekretarzy. Sowiecka ekspansja ideologiczna potrzebowała więcej lekarzy, opatrujących rany bohaterów broniących bram socjalizmu w Wietnamie, Angoli czy Nikaragui. Wtedy wprowadzano preferencje na medycynę dla płci brzydkiej, ale gotowej do zamiany kitla na mundur. 14 maja 1968 roku ogłoszono wprowadzenie punktów za pochodzenie społeczne, by zmienić dotychczas istniejące proporcje i ułatwić młodzieży robotniczej i chłopskiej dostanie się na studia. Taka to była w skrócie polska rzeczywistość akademicka czasów PRL-u.
Wreszcie nastała era testów. Dobre przygotowanie do piekielnie trudnego egzaminu testowego gwarantowały przez wiele lat korepetycje z biologii, chemii i fizyki, często u profesorów, docentów lub współpracujących z nimi asystentów. Z biegiem lat stawki za godzinę konsultacji w zacisznych willach osiągały horrendum. Za pomówienia o łapówki nikomu korona z głowy nie spadła ani nikogo o szóstej rano nie wyprowadzono z domowych pieleszy do aresztu śledczego. Ale czegóż to rodzice nie uczynią dla swych dzieci? Testowe egzaminy wstępne zyskały ostatecznie fatalną sławę, kiedy przed piętnastu laty podejrzewano wielki przeciek zadań, a nawet handel nimi. Nikogo wówczas nie złapano za rękę, ale aferalny swąd z pewnością był impulsem do kolejnej zmiany.
Dziś znów coraz donośniej słychać, że sama matura nie wystarczy. Kandydata na wrażliwego lekarza powinno się zobaczyć na własne oczy, porozmawiać z nim, bo nie tylko samo przygotowanie z poszczególnych przedmiotów ma mieć znaczenie, ale także predyspozycje psychologiczne. Selekcja jest zasadna, bo nie o wszystkim powinny decydować algorytmy, a potrzeba zdrowego rozsądku.
Kim powinien być dobry lekarz? Wszyscy zgodnym chórem odpowiadamy, że doskonałym i pokornym znawcą lekarskiego rzemiosła, ale przede wszystkim powinien mieć osobowość, empatię oraz talent do wspierania osób cierpiących. No, ale jak to zweryfikować? Prof. Jerzy Stuhr nie ukrywa, że jako egzaminator do szkół artystycznych szuka przede wszystkim osobowości. Nie oczekuje od młodych ludzi umiejętności, rzemiosła, ponieważ wszystko to jest do nauczenia. A szpital to przecież nierzadko też taki mały teatr w Kaliszu, Włodawie, Suwałkach czy Wegorzewie, gdzie grają lekarze.
Droga do lekarskiej samodzielności jest długa i wyboista. Sześć lat piekielnie pracochłonnych studiów, rok stażu podyplomowego i co najmniej sześć lat rezydentury, oby wymarzonej specjalizacji, to — razem z podstawową i średnią edukacją — równe ćwierć wieku.
A potem… W najlepszym razie etat w klinice czy jakimś wojewódzkim centrum, prędzej kontrakt w powiatowym szpitalu, a może jeszcze jakaś krótka ścieżka do wąskiej specjalizacji. A jak nie to Irlandia. Dziś już nie taka skora do przyjmowania Polaków.Na studiach lekarskich sesja trwa cały rok. Każda nieprzespana noc z atlasem anatomicznym w ręku przybliża do utrzymania się na medycynie. Dwa pierwsze lata to naprawdę „zęby w płot” i wszystko na pamięć. Kto baluje, prędzej czy później wylatuje ze studiów. I nikt po nim nie płacze. Prawdziwe studiowanie medycyny zaczyna się dopiero na trzecim roku wraz z nauką badania, diagnostyki i leczenia. Do tego zawodu potrzeba nie tylko dużej wiedzy i umiejętności, ale przede wszystkim twardszej skóry, odpornej za nieoczekiwane reakcje cierpiącego człowieka. Gazety puchną od krytyki lekarzy. Fora internetowe to nic innego jak kubeł pomyj, wylewany codziennie na lekarzy. Mimo to chętnych do wykonywania tego zawodu wśród polskiej młodzieży nie brakuje.Nabór na medycynę tego lata przekroczył najśmielsze przewidywania. W Rzeszowie o jeden indeks ubiegały się 64 osoby, a w Kielcach aż 40. Miejsce na studiach lekarskich gwarantowało 90 proc. punktów z rozszerzonej matury z biologii i chemii. Dzięki temu w Kielcach i Rzeszowie, gdzie dydaktyka medyczna dopiero raczkuje, pojawi się elita polskich maturzystów.Dziś o kwalifikacji na studia medyczne decyduje konkurs świadectw maturalnych. To się nie sprawdza — ostrzegają eksperci, a wtóruje im Ministerstwo Zdrowia. Entuzjaści testowego sprawdzania wiedzy przestrzegają przed zaniżaniem standardów. Obecny system przygotowania do studiów lekarskich przypomina współczesny matriks. Liceum staje się instytucją przeszkadzającą w dostaniu się na wydział lekarski, bo zajmuje czas przedmiotami innymi niż biologia, chemia. Ten wyścig szczurów zaczyna przekraczać granice rozsądku. Jak przyszły lekarz ma angażować się w sprawy pacjenta, jeżeli od 15. roku życia był zmuszony do nauki jak cyborg? Konkurencja do tego na wskroś humanistycznego zawodu sprowadziła się do sprawdzania wiedzy w dwóch przedmiotach… ścisłych. Przypomina to próbę wyhodowania szybszego konia, nie biorąc pod uwagę wynalazku, jakim jest samochód.Rekrutacja na medycynę przeżywała już niejeden horror. Najpierw był szlaban dla dzieci kułaków i pełzającej kontrrewolucji, a jednocześnie otwarte ramiona dla budowniczych Nowej Huty z hufców Służby Polsce, kierowanych potem na studia lekarskie. Jeszcze nie tak dawno podanie o przyjęcie na jakiekolwiek studia można było złożyć tylko raz w roku i tylko na jeden kierunek w jednej uczelni. Kto się nie dostał, odpadał. Chłopcy lądowali na dwa lata w wojsku lub na trzy w marynarce wojennej, a dziewczęta szły do pracy. Tymczasem rektorzy po wakacjach na pęczki przyjmowali w poczet studentów tych, którzy do swego odwołania dopinali bilety wizytowe pierwszych sekretarzy. Sowiecka ekspansja ideologiczna potrzebowała więcej lekarzy, opatrujących rany bohaterów broniących bram socjalizmu w Wietnamie, Angoli czy Nikaragui. Wtedy wprowadzano preferencje na medycynę dla płci brzydkiej, ale gotowej do zamiany kitla na mundur. 14 maja 1968 roku ogłoszono wprowadzenie punktów za pochodzenie społeczne, by zmienić dotychczas istniejące proporcje i ułatwić młodzieży robotniczej i chłopskiej dostanie się na studia. Taka to była w skrócie polska rzeczywistość akademicka czasów PRL-u.Wreszcie nastała era testów. Dobre przygotowanie do piekielnie trudnego egzaminu testowego gwarantowały przez wiele lat korepetycje z biologii, chemii i fizyki, często u profesorów, docentów lub współpracujących z nimi asystentów. Z biegiem lat stawki za godzinę konsultacji w zacisznych willach osiągały horrendum. Za pomówienia o łapówki nikomu korona z głowy nie spadła ani nikogo o szóstej rano nie wyprowadzono z domowych pieleszy do aresztu śledczego. Ale czegóż to rodzice nie uczynią dla swych dzieci? Testowe egzaminy wstępne zyskały ostatecznie fatalną sławę, kiedy przed piętnastu laty podejrzewano wielki przeciek zadań, a nawet handel nimi. Nikogo wówczas nie złapano za rękę, ale aferalny swąd z pewnością był impulsem do kolejnej zmiany.Dziś znów coraz donośniej słychać, że sama matura nie wystarczy. Kandydata na wrażliwego lekarza powinno się zobaczyć na własne oczy, porozmawiać z nim, bo nie tylko samo przygotowanie z poszczególnych przedmiotów ma mieć znaczenie, ale także predyspozycje psychologiczne. Selekcja jest zasadna, bo nie o wszystkim powinny decydować algorytmy, a potrzeba zdrowego rozsądku. Kim powinien być dobry lekarz? Wszyscy zgodnym chórem odpowiadamy, że doskonałym i pokornym znawcą lekarskiego rzemiosła, ale przede wszystkim powinien mieć osobowość, empatię oraz talent do wspierania osób cierpiących. No, ale jak to zweryfikować? Prof. Jerzy Stuhr nie ukrywa, że jako egzaminator do szkół artystycznych szuka przede wszystkim osobowości. Nie oczekuje od młodych ludzi umiejętności, rzemiosła, ponieważ wszystko to jest do nauczenia. A szpital to przecież nierzadko też taki mały teatr w Kaliszu, Włodawie, Suwałkach czy Wegorzewie, gdzie grają lekarze.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach