Dosyć robienia bokami
Dosyć robienia bokami
OSTRZEJ, ALE BEZ SKALPELA Przeciętny polski szpital publiczny pozostaje jednym z ostatnich bastionów realnego socjalizmu. Często chronicznie niewydolny, do szczętu zbiurokratyzowany, manipulowany na wszystkie sposoby przez polityków, wręcz wrzucony w przetarg.
Jest zainfekowany nepotyzmem i kumoterstwem, zawłaszczony przez quasi-feudalny system, który pozwala pracować lekarzom na użytek prywatny w państwowych placówkach i na państwowym sprzęcie. Słowem, bastion zatrudnienia, a nie leczenia ludzi, szczególnie w Polsce powiatowej, gdzie często jest największym pracodawcą. Nic tak sprytnie nie wymyka się polskiej transformacji ustrojowej jak szpital. Dziejowego żywota dokonały już PGR-y, państwowy handel, stocznie, huty, a szpital trwa jak rewolucyjna reduta. Dlaczego?

Funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia w Polsce, oparte na wzorcach osobowościowych `a la doktor Judym czy poczciwy Hipokrates, coraz bardziej przypomina wymarzony dla władzy mechanizm typu perpetuum mobile. Idealny z pozoru Judym bywał we Francji, ale z trudem wysupłał kilka ostatnich kopiejek, aby zapłacić karczmarzowi za wódkę, którą spożywał w drodze do pracy w charakterze lekarza uzdrowiskowego w Cisach. Pożegnajmy więc ostatecznie ten wątpliwy etos!
Zawsze, kiedy lekarzom upominającym się o swoje, jakiś ważniak chce pogrozić pięścią, to karząca ręka tej ludowej sprawiedliwości natychmiast wypomina im przysięgę Hipokratesa. A przecież w słynnym edykcie ojca chrzestnego lekarzy ani słowem nie wspomina się o jakiejś służbie, powołaniu, misji, które stworzono znacznie później na użytek wymuszenia na lekarzach albo wręcz wyłudzenia od nich bezpłatnego lub też półdarmowego udzielania świadczeń medycznych. Treść przysięgi wcale nie zobowiązuje lekarza do wykonywania zawodu za ochłap czy zgoła za darmo.
Dobrodziejstwa cywilizacji i zawrotny postęp w medycynie na szczęście nie ominęły szpitali w minionym ćwierćwieczu. Technologie medyczne z górnej półki, sterylizacja z innej epoki i najszersza gama farmakoterapii mogą napawać dumą polską medycynę. Ale sterty papierowych dokumentów w gabinetach lekarskich i administracji szpitalnej, zamiast sprawnych systemów informatycznych są zakałą postępu, co więcej, budzą grozę. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby do sieci bankomatów lub weryfikacji kart kredytowych przenieść dziś wzorce rodem z polskiej służby zdrowia?
Polskie szpitale wciąż rażą niedostępnością, nie tylko z powodu gigantycznych kolejek do operacji i badań specjalistycznych. Szpitale przyjazne dzieciom i starcom, to tematy dobre do wyciskania łez w telewizyjnych serialach. Proza życia jest bardziej brutalna. Już przy szlabanie strzegącym dostępu do szpitala, dyrekcja chciwie wyciąga rękę do pacjenta po opłatę parkingową w wysokości czterokrotnie większej niż pobierana w ogrzewanym dwupoziomowym garażu pobliskiego hipermarketu. To nic, że samo zainstalowanie systemu odczytu kart parkingowych kosztowało w zacnym warszawskim instytucie przy Spartańskiej aż 116 tys. złotych. Nieważne, że piękny, obszerny, emanujący kiedyś spokojem hall dla pacjentów w przychodni specjalistycznej lubelskiego szpitala wojewódzkiego zamieniono na gwarny bazar, na którym zirytowany szpitalnym menu pacjent może sobie nie tylko dokupić drożdżówkę, ale zaopatrzyć się po zęby w damską galanterię, a nawet biżuterię. Rejestratorki medyczne manierami przypominają często kierowniczki sklepów mięsnych z epoki komuny.
W szpitalach notorycznie otwierane są apteki. Jeszcze niedawno korporacja lubelskich aptekarzy strzegła jak źrenicy w oku zasady: apteka minimum 600 metrów od szpitala. Przykładów na szaleństwo robienia bokami jest bez liku. Każda złotówka, zdobyta w ten sposób przez dyrektora, czyni go bohaterem w oczach tych, którym sen z powiek spędza myśl o tym, jak ograniczyć pacjentom fundusze z publicznej kasy.
W latach osiemdziesiątych pracowałem jako chirurg w szpitalu w Lubartowie. Na jego posesji wybudowano chlewnię, w której zwierzęta karmiono m.in. resztkami posiłków dla pacjentów. Następnie pacjenci i stołujący się w szpitalu lekarze zjadali te stworzenia, dowodząc, że łańcuchy pokarmowe są długie i wzajemnie poprzeplatane.
Czasy się zmieniły, premier też jakby inny, a instrukcje wciąż w tym samym tonie. Rządowym panaceum na likwidację kolejek ma być zielona karta. Za dwa tygodnie pacjenci z chorobami nowotworowymi mają być szybciej i lepiej leczeni. Prawnicy przestrzegają, lekarze poz lamentują i rozdzierają szaty, izba lekarska próbuje zatrzymać błądzącą karawanę, a tymczasem krewcy dyrektorzy widzą dla siebie światełko w tunelu. Okazuje się, że jest interes do zrobienia. Bo nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Tylko ślepy w karty nie gra — słyszę od niemal każdego dyrektora.
Pakiet stwarza szpitalom furtkę do podniesienia kontraktu o 3 procent, a przy odpowiednich koneksjach partyjnych i życzliwym przeciekom może to być nawet 5-6 procent. W jaki sposób? Szpitalni menedżerowie, niczym trenerzy wielkich drużyn z Ligi Mistrzów, strzegą swoich taktycznych tajemnic. To też szpitalny znak czasu. Kiedyś każdy dyrektor, któremu coś się udało, natychmiast chwalił się tym w gazetach. A dziś dumni menedżerowie, jeśli powiedzą coś w mediach, to na ogół nie o sobie. Bo oni przede wszystkim muszą zbilansować szpital. A jak nie — to wynocha! Nowe sejmiki wojewódzkie i starostwa powiatowe już ostrzą sobie zęby na ocenę szpitali. Nie ma wdzięczniejszego tematu do lokalnej rozróby politycznej niż lokalny szpital, który domaga się zapłaty za nadwykonania.
A przecież na początku grudnia wielu dyrektorów nie znało jeszcze wielkości swoich kontraktów na 2015 r. Nie było zarządzeń prezesa NFZ, określających wyceny świadczeń w ramach pakietu. Na radosną twórczość ofertową szpitali urzędnicy NFZ już szykują bat: czy deklaracje w ofertach konkursowych co do sprzętu i personelu mają pokrycie w rzeczywistości? Zdarza się bowiem, że kłamią, aby za wszelką cenę dostać kontrakt.
Szpital to nie wytwórnia gwoździ, których można wyprodukować jeszcze więcej. Aby mógł bezpiecznie zadbać o pacjentów, nie potrzebuje aplauzu ani reklamy. Łaknie — jak w teatrze (bo medycyna to sztuka) — zaufania i szacunku dla trudnego do zmierzenia wysiłku intelektualnego całego personelu medycznego oraz coraz większych nakładów na inwestycje i rozwój. W przeciwnym razie będzie przede wszystkim dziadował, żebrał po kątach, gonił resztkami sił, gimnastykował się, jak związać koniec z końcem, udawał opiekę i dostępność, by za chwilę w blasku reflektorów dziarsko legitymizować chore koncepcje technokratów i swoich politycznych mocodawców.
OSTRZEJ, ALE BEZ SKALPELA Przeciętny polski szpital publiczny pozostaje jednym z ostatnich bastionów realnego socjalizmu. Często chronicznie niewydolny, do szczętu zbiurokratyzowany, manipulowany na wszystkie sposoby przez polityków, wręcz wrzucony w przetarg.
Jest zainfekowany nepotyzmem i kumoterstwem, zawłaszczony przez quasi-feudalny system, który pozwala pracować lekarzom na użytek prywatny w państwowych placówkach i na państwowym sprzęcie. Słowem, bastion zatrudnienia, a nie leczenia ludzi, szczególnie w Polsce powiatowej, gdzie często jest największym pracodawcą. Nic tak sprytnie nie wymyka się polskiej transformacji ustrojowej jak szpital. Dziejowego żywota dokonały już PGR-y, państwowy handel, stocznie, huty, a szpital trwa jak rewolucyjna reduta. Dlaczego?
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach