Nie od dziś wiadomo, że palmę pierwszeństwa w składaniu projektów powinien dzierżyć rząd. Taka jest demokratyczna pragmatyka i światowy uzus. To Rada Ministrów ma w swoich rękach wszystkie instrumenty tworzenia prawa i to ona powinna sterować tempem poszczególnych inicjatyw, otwierać ustawodawcze śluzy, wywiązywać się ze zobowiązań unijnych i międzynarodowych. Powinna też konsultować i jak najrzetelniej oceniać skutki regulacji, prowadzić dialog wśród swoich członków i na zewnątrz (w tym z KE), tworzyć tabele uzgodnień i proponować poprawki. Tymczasem tak rozumiana działalność to w rządzie nadal zbyt duża rzadkość, mimo deklarowanej dobrej zmiany, a nawet odcinkowego przyspieszenia, np. w uszczelnianiu podatków.
Jest jednak kilka wyjątkowych miejsc, gdzie ministrowie starają się danego sobie czasu nie marnować, a dobra zmiana jakoś się dokonuje, choć można dyskutować, czy zawsze na lepsze. Na tym generalnie marnym tle nieźle wypada Ministerstwo Zdrowia, które przy poprzednich rządach wlokło się w ogonie ustawodawczej, ministerialnej i urzędniczej sprawności.
Mimo zdecydowanie konserwatywnego oblicza ideowego, jest to ministerstwo w miarę dobrze zarządzane i jak dotąd niepracujące w rytmie surm bojowych, zagrzewających rząd do walki z opozycją i odwrotnie. W pierwszych 100 dniach swej pracy dość sprawnie uprzątnęło z przedpola wyborcze obietnice i nie szarżowało z podrzucanymi posłom niewygodnymi projektami ustaw. A nawet wręcz przeciwnie, poddawało wszystko rządowemu procesowi legislacyjnemu, którego młyny mielą powoli, ale dokładnie, prawniczo poprawnie i wzorcowo transparentnie.
Jest to jednak wielka zaleta w tych wcale niełatwych czasach tworzenia prawa na kolanie i kopania rowów nie do zasypania, to także dość unikatowa szansa na dialog, dosłyszenie racji i argumentów. Z paru projektów ustaw będących w rządowym procesie legislacyjnym, w tym o działalności leczniczej i o świadczeniu opieki zdrowotnej finansowej ze środków publicznych, wyłania się całkiem obfita korespondencja z partnerami, mordęga uzgodnień i do znudzenia piłowanej codziennej pragmatyki demokracji. Nie jest to co prawda ten przykład, którym ktokolwiek w rządzie chciałby się dziś szeroko chwalić, ale warto odnotować, że gdzieś coś się dzieje według procedur, reguł i zupełnie nie na skróty.
Inna sprawa, że projekty te nie dostają stosownego przyspieszenia (prócz „unijnego” projektu antypapierosowego) i posłowie Komisji Zdrowia głośno domagają się nowych ustaw, bo nie mają nad czym pracować. Ale te uwagi skierowane są raczej do szefowej Rady Ministrów niż do jej podwładnego. Tym bardziej, że czas nie jest tu sprzymierzeńcem, bo parlamentarne przerwy, spowodowane ważnymi letnimi wydarzeniami międzynarodowymi w Polsce, wyniosą 40 dni z okładem, dobrze byłoby więc teraz przyspieszyć. Porównanie do poprzedniej kadencji Sejmu nie wychodzi obecnej na plus — w I półroczu VII kadencji Izby tylko w sejmowej Komisji Zdrowia było ok. 20 ustaw i innych ważnych dokumentów rządowych, dzisiaj ledwie połowa. I co ciekawe, wtedy też był jęk zawodu, że nudno i nie ma nad czym pracować…, ale z innych ław niż dziś.
Jerzy Papuga, komentator parlamentarny, specjalizujący się w opisie prac komisji sejmowych i senackich oraz procesu ustawodawczego.