Ciemny odblask bieli

Ostrzej, ale bez skalpela - felieton Marka Stankiewicza

„Ten lekarz to cham, tamten nie chciał mi dać skierowania do specjalisty, dzięki lekom od dermatologów nabawiłam się trwałego uszkodzenia wzroku, a moja pani doktor wciąż zaprasza na prywatne wizyty...” — piszą internauci, lokując w różnych zakamarkach globalnej sieci „czarne” listy lekarzy. Robią to z żalu do lekarzy lub rozgoryczeni złym stanem swojego zdrowia, czasem z wrodzonej potrzeby naprawiania świata, ale na ogół piszą co im ślina na język przyniesie. Internetowych witryn, na których pacjenci mogą anonimowo zamieszczać swoje opinie na temat lekarzy, jest coraz więcej. Żadne cenzorskie nożyce nie przycinają wodzy fantazji na wskroś demokratycznym Facebooku. Czarne listy, zaraz po ich narodzinach, niczym wolne ptaki wyfruwają z gniazd i żyją własnym życiem. Ich ojcowie pozostają na ogół nieznani. Im zależy tylko na tym, by ściągnąć reklamy na swoje portale, poinformować opinię publiczną o rzekomych działaniach lekarzy, napiętnować i pozbawić ich prywatności, nigdy niczego nie sprostować i ostatecznie okryć złą sławą. Wszystko to bez udziału niezawisłego sądu. Trochę to przypomina lincz, ale nasza narodowa publiczność uwielbia być razem i z osobna ławnikiem w każdym samosądzie i dorzucić swoje trzy grosze. Brudna robota znajduje swoich admiratorów.Cwani i przebiegli dysponenci konsumenckich witryn internetowych ze swadą zachęcają skrzywdzonych i sfrustrowanych pacjentów do szczerych aż do bólu wyznań. „Masz większe szanse być uderzonym przez piorun dwa razy pod rząd, niż widzieć niekompetentnego lekarza ukaranego przez sąd lekarski” — głosi motto portalu, który za nic ma prawo do prywatności, do ochrony dobrego imienia i czci. Lista lekarzy wisi na osobistym portalu pacjenta z Mielca, który od 15 lat znieważa ich z imienia i nazwiska, bo, jego zdaniem, złośliwie i z premedytacją mu nie pomagają. Przepisy karne niby wspierają cywilnoprawną ochronę dóbr osobistych przepisami o pomówieniach. Ale co z tego, skoro za takie szemrane sprawki nie trafia się wprost na szafot, tylko odpala ten sam portal w innym miejscu, np. na prywatnym serwerze milionera w Polinezji. Internet nie ma dziś obywatelstwa za to w głębokim poważaniu ma cywilizowane kodeksy karne.Lubimy gloryfikować tragedie i dramaty. Radość z sukcesu innych to coś bardzo rzadkiego. Najbardziej nas charakteryzuje bezinteresowna zawiść. Szczególnie boli, gdy ktoś ma lepiej, więcej, łatwiej. Dla całkiem sporej grupy naszych rodaków tak zwany donos obywatelski jest rzeczą niegodną, niehonorową, bo źle się kojarzy. I długo jeszcze będzie się tak kojarzyć — na brak pamięci nie narzekamy. Wręcz odwrotnie. Jesteśmy, niestety, społeczeństwem, w którym system wartości jest zachwiany. Wartością szanowaną wciąż nie jest sukces materialny, zawodowy, przedsiębiorczość, ale porażka. Szczególnie drugiej osoby. Wtedy nawet potrafimy okazać współczucie. Bywa, że i konkretną pomoc. Nie odmawiam żadnej młodej matce prawa do donośnego na cały świat krzyku sprzeciwu, kiedy z chorym maleństwem trafia do zataczającej się po gabinecie, pijanej lekarki. Ale ta matka, jeśli natychmiast nie uruchomi działań demaskujących, to już na drugi dzień jej zaufanie do instytucji, władzy, organów ścigania legnie w gruzach, bo pani doktor właśnie wytrzeźwieje. Wpis na czarnej liście po fakcie nikomu już nie pomoże. Szkoda, że nie ma w Polsce wykształconego społeczeństwa obywatelskiego utożsamiającego się z prawem. Na zaufanie trzeba zapracować. W Londynie, gdy policjant rozprawia się z bandziorem na ulicy, przechodnie mu kibicują, a nawet pomagają. Unia Europejska chce stworzyć rejestr, w którym każdy mógłby sprawdzić przeszłość zawodową lekarzy. Błąd w sztuce lekarskiej lub postępowanie niezgodne z etyką nie oznaczają dziś kresu kariery zawodowej dla lekarza pracującego w UE. Aby kontynuować praktykę niemożliwą w jednym kraju, wystarczy wyjechać do innego — alarmują organizacje broniące praw pacjentów. Władze brytyjskiego NHS mają zamiar upublicznić z imienia i nazwiska lekarzy, którzy mają najwyższy współczynnik śmierci swoich pacjentów. Dotyczy to głównie operacji ratujących życie.Polska służba zdrowia stworzyła tymczasem rozwiązanie idealnie pasujące do „Misia”. Histeryczny, spóźnialski, roszczeniowy — takie określenia zapisują lekarze o pacjentach w nieformalnych bazach danych. Powstają one w szpitalach i przychodniach, zarówno tych publicznych, jak i prywatnych. Czy czarne listy lekarzy zbliżają, czy oddalają od siebie medyków i pacjentów? Każda odpowiedź wydaje się poprawna. Więź społeczna to zaplanowany i ukształtowany system stosunków między instytucjami, które sprawują kontrolę społeczną, a jednostkami i podgrupami w danej zbiorowości, tak aby tworzyły one spójną całość i nieustannie się rozwijały. Więzi wiążą z innymi ludźmi, ale też nadają sens życiu, są powodem radości, inspirują lub zmuszają do działania. Zależy tylko kogo i w jakim [email protected]

Artykuł dostępny dla subskrybentów i zarejestrowanych użytkowników
REJESTRACJA
SUBSKRYPCJA
Chcesz przeczytać ten artykuł? Zarejestruj się!
Masz już konto? Zaloguj się
PM online

Rejestrując się, otrzymasz limitowany dostęp do ograniczonej puli artykułów publikowanych w serwisie pulsmedycyny.pl. W ramach usługi będziemy mogli przesyłać Ci newslettery przygotowane przez redakcję "Pulsu Medycyny". Zawsze możesz zrezygnować z usługi poprzez usunięcie swojego konta z serwisu. Możesz to zrobić wysyłając e-mail na adres [email protected].

Jeżeli chcesz uzyskać nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów, zostań naszym subskrybentem.

Administratorem Twoich danych będzie Bonnier Healthcare Polska. Więcej informacji, w tym o przysługujących Ci prawach, znajdziesz w Polityce Prywatności.

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.